zimka

Tytuł mówi sam za siebie. W tym roku jest zimka. Jakaś nieudana namiastka lub podróbka prawdziwej zimy. Zimka jest ciepła, pochmurna, deszczowa, wietrzna i błotna. Normalnie chyba bym się cieszyła. Odśnieżanie podwórka i śliskie drogi to nic fajnego gdy chodzi się do pracy. Jednak gdy jesteś w domu z małym dzieckiem widzisz sprawę inaczej.

Chciałabyś pół dnia siedzieć po turecku na podłodze przy tarasie i obserwować jak Twoja  zahipnotyzowana córeczka spokojnie siedzi i patrzy na wirujące płatki śniegu. Na te wielkie zaciekawione oczy, zdumioną minę i rączki przyciśnięte do szyby. Bo przecież tam za oknem nigdy wcześniej nie było biało. Bo to pierwszy raz gdy ten mały cud widzi śnieg.

Dlatego gdy tylko temperatura spadła, śnieg minimalnie przykrył ziemię, a słonko wyjrzało zza chmur, ubrałam tego mojego kosmonautę w kombinezon i poszliśmy z mężem i Beti szukać uciechy na dworze. To jak Majulka się dziwiła, jak rozglądała, jak mrużyła oczka gdy promyki słońca iskrzyły się w śniegu. Bezcenne. Będę to pamiętać. Takie chwile odczarowują moje myślenie o zimie. To Maja uczy mnie cieszyć się chwilą i życiem.

DSC_5325DSC_5328 DSC_5335DSC_5370DSC_5356DSC_5358 DSC_5353

było warto

Siedzę na sofie z laptopem na kolanach i patrzę w monitor. Próbuję czytać, ale nie mogę. Przez łzy nie mogę czytać. Bo płyną i płyną i świat zamazują. A ja nie umiem ich powstrzymać. Umówiliśmy się z mężem, że niedziela jest dniem wolnym od fb, bloga, youtuba, allegro i innych. Zero Internetu i komputera. Ale on już poszedł spać, a ja nie wytrzymałam. Musiałam tu zajrzeć.

I warto było. Dla tych łez.

Nie płaczę, nie szlocham. Po prostu łzy same wolno płyną po policzkach. I palą mi skórę. Przez Was. Dzięki Wam! Czytam Wasze komentarze, i kolejny raz tu na blogu nie umiem znaleźć słów, by opisać to co czuję.

Jestem nieziemsko szczęśliwa. Ogromnie Wam dziękuję. Bo wspaniałe jest to uczucie, gdy czyta się tak dobre i miłe słowa. Ciepło mi się robi na sercu, a skrzydła same rosną, że tylu niesamowitych ludzi tu ze mną jest. Bo chcecie. Bo lubicie. Chyba nigdy nie usłyszałam takich cudownych komplementów. Czy jest piękniejszy i szczerszy komplement niż ten od „obcej” osoby, która niczego w zamian od Ciebie nie chce?

Zawsze wierzyłam w człowieka. W dobroć, bezinteresowność, szczerość. Niech sobie inni mówią co chcą, że trzeba przez życie z łokciami. Że tylko chamstwem, kłamstwem, kombinowaniem, przekupstwem, twardą skóra i z zadartym nosem można coś osiągnąć, zdobyć świat i ludzi. Ja może i mam zadarty nos (dosłownie, nie w przenośni) ale skórę mam cienką i łatwo mnie zranić. Jednak zawsze, zawsze wierzyłam, że warto być sobą, nikogo nie udawać, nie grać, nie robić nic na siłę. Wierzyłam, że trzeba z nadzieją, uśmiechem, wiarą i wyciągniętą do ludzi ręką..

I warto było.

Otworzyłam przed obcymi ludźmi swój świat. Obnażyłam się z własnych słabości, niedoskonałości. Ze wspomnień i marzeń. Znacie myśli z mej głowy, uczucia z serca, zaprosiłam Was do domu.

Warto było.

Napisałam wczorajszy wpis i liczyłam na odzew, ale nie aż taki. Bo przecież weekend, bo zakupy, sprzątanie i rodzina. Ale jednak. Nie zawiedliście. I choćbym miała siedzieć do rana, odpiszę na każdy komentarz.

Bo warto.

Dziękuję.

w 2015

Postanowień i obietnic nie czynię. Nie ze mną te numery. Zbyt słaba jest moja silna wola. Ale plany i zamiary to już co innego. Mniej zobowiązujące i nie jest ci aż tak wstyd przed swoim odbiciem gdy jednak nie wyjdą.

1) IMPREZY:

- roczek. A to już tuż tuż. Czeka mnie misja, że ho ho! Dekoracje domu i stołu, menu, zakupy. Już mi się śnią balony :) Ale pomysł na motyw przewodni już mam, więc jest OK.

- kinderparty. Strasznie chciałabym latem zrobić zlot moich zaprzyjaźnionych mamusiek i ich pociech. Byłoby wspaniale.

- w sierpniu mamy 5 rocznicę ślubu. Marzy mi się nie liczna rodzinna nasiadówa przy stole, a luźny grill i ognicho dla tych naprawdę najbliższych. A tak najlepiej to weekend poza domem w składzie ja, mąż, Maja i może ktoś jeszcze.. Zobaczymy.

2) DO ZROBIENIA i KUPIENIA:

W 2014 r udało nam się w temacie otoczenia domu troszkę zrobić (chodniczek od furtki do drzwi, taras, postawić szopkę na drewno, kupić garaż, zasiać trawę przed domem i zasadzić tuje wzdłuż płotu od drogi).

W 2015 do zrobienia jest dwa razy tyle:

- ogród. Teraz na porządną trawę czeka cały tył. Powierzchnia większa i niewyrównana. I kolejne granice działki trzeba obsadzić tujami.

- podjazd do garażu. Wystarczy kilka dni deszczu i auto tonie i grzęźnie w błocie. Trzeba jakoś utwardzić teren garaż-brama bo jest masakra.

- podbitka. Niestety na to nie starczyło przy budowie funduszy i teraz pod dachem mamy pełno gniazd ptaków. Co wkurza szczególnie gdy za przeproszeniem osrywają nam taras.

- wypadałoby wymienić auta. Oba już kończą swój żywot i chyba zasłużyły na emeryturę. Ich dni są policzone. Ale pewnie nie damy rady zmienić obu.

3) JA:

- Mniej przeklinać. 27 latce, nauczycielce i przede wszystkim matce już naprawdę nie wypada. Tym bardziej, że Maja niedługo zacznie mówić.

- Zdrowiej jeść. Czyli nie żreć jak świnia a jak kobieta. Ograniczyć cukier i słodycze. Nie objadać się po nocy. Oczywiście mi nie wyjdzie, ale napisać wypadało.

- Zadbać o swoje zdrowie. Sprawdzić czy anemia w krwi już zażegnana. Odwiedzić okulistę i dentystę. Umówić się do neurologa z moją rwą kulszową (która po porodzie odzywała się już kilkakrotnie)

- Pracować nad swoją chęcią codziennego syzyfowego sprzątania.

- Znów czytać książki.

- Nieśmiało i po cichu. Może nawet małymi literami napiszę: chciałabym zacząć uprawiać jakiś sport. Moje ciało i kondycja fizyczna się tego domagają, ale wewnętrzny leń na razie wygrywa.

4) DO ZWIEDZENIA

- moim priorytetem jest zabrać Maję nad morze. Nawet nie w sezonie. Może wiosną. Choć na kilka dni. By spacerować. Słuchać i wdychać. Patrzeć na morze i bawić się w piachu. Po prostu pobyć gdzieś razem i odpocząć.

- chciałabym zwiedzić Toruń (Oglądając Lekarzy nabrałam ochoty na jeden dzień w tym mieście), Kraków (nigdy nie byłam a ponoć jest piękny) i Łódź (którą obiecała mi odczarować moja przyjaciółka).

- Oceanarium we Wrocławiu. Pojedziemy na pewno ale jak będzie ciepło bo kolejki ponoć jak za komuny. Już widzę jak Maja ogląda te piękne rybki.

- Energylandia. Od dzieciaka mam zamiłowanie do wesołych miasteczek. Miałam to niesłychane szczęście, że jako nastolatka byłam w trzech wspaniałych i ogromnych parkach rozrywki w różnych krajach w Europie. Niesamowita frajda, strach w oczach i okrzyki radości. Jeśli miałabym możliwość to chętnie bym to powtórzyła. Choć nie wiem czy razem z upływem lat nie zgubiłam dziecięcej odwagi i pociągu do adrenaliny.

Jak widzicie skrajne mamy plany na ten 2015. Znając życie i nasze możliwości uda nam się zrealizować mały procent punktu 2, a punkt 4 zostanie w strefie marzeń. No ale cóż. Tak bywa. Mam nadzieję, że chociaż roczek Majusi uda się tak, jak sobie zaplanowałam. I może uda mi się nie przeklinać i zacznę czytać jakąś książkę??

Tymczasem plan na jutro jest taki: pożegnać ozdoby świąteczne i choinkę i dostać się gdzieś do ginekologa z dwudniowym już bólem prawego jajnika.

A Wy jakie macie postanowienia, plany i marzenia na 2015?

po jedenaste: nie wtrącaj się

Lubię ludzi. Na ogół uważam ich za dobrych. Może naiwna jestem, a może takie mam szczęście, że częściej trafiam na tych pozytywnych. Jednak jest kilka cech, których nie toleruję, a jak toleruję to z zaciśniętymi zębami. W czołówce znajduje się:

pisanie bajek, cwaniactwo i wywyższanie – czyli ogólnie mówiąc niepotrzebne ubarwianie, panoszenie i przechwalanie (zazwyczaj zupełnie bezpodstawne). Ten typ ludzia wszystko wie, wszędzie był, wszystko ma. I według niego ty puchu marny w du..e byłeś i gó..o widziałeś (przepraszam za język) Z tym typem ja osobiście w dyskusję nie wchodzę, bo i po co?

- lizustwo, szczurostwo i matactwo – ta persona posunie się do wszystkiego czyli: wejdzie wszystkim i wszędzie gdzie tylko się da, jeśli dzięki temu wskoczy na kolejny schodeczek kariery. Nakłamie, namiesza, skłóci współpracowników, nakopie innym dołków, nakombinuje, byle coś osiągnąć. Oczywiście innych ludzi ma za nic, czyli tzw po trupach do celu.

- lenistwo, zazdrość, hejtowanie – przedstawiciel tej grupy woli innym, często obcym, wytknąć drzazgę, gdy belki w swym oku nie dostrzega. Lubi obrażać ludzi, bo nie ma nic kreatywnego do roboty. Obluzga i znienawidzi gdy ktoś ma lepiej lub więcej, ale palcem nie kiwnie by się kopnąć w zadek, czegoś nauczyć, coś zrobić, do czegoś dojść.

- ogólnie pojęte tyranizowanie i despotyzm – kiedy ktoś starszy/silniejszy/ lub teoretycznie „nad tobą”, wykorzystuje swoją przewagę siły/finansową/stanowiska,  i psychicznie bądź fizycznie niszczy bliskich/obcych ludzi wokół siebie. Wg mnie takie osoby są nieszczęśliwymi tchórzami, które zgniatając słabszych chcą poprawić sobie humor i postrzeganie siebie. Tak naprawdę myślę, że te osoby w głębi duszy muszą być bardzo nieszczęśliwe i same się nienawidzą za własne zachowanie.

Pewnie jeszcze by się znalazło kilka cech: chroniczni kłamcy, gamonie za kierownicą, pazerni politycy itd. Ale nie o tym wszystkim chciałam pisać, a już mi długi post wyszedł.. kurdę. Tak naprawdę chciałam dziś napisać o ludzkim przeświadczeniu, że można wtykać nos w nie swoje sprawy. Kiedyś już o tym na blogu troszkę było:

/milczenie-jest-zlotem/

10 rzeczy których nie mówi się do bezdzietnej pary

/ciocia-dobra-rada/

/ku-pamieci/

Tylko wtedy dotyczyło to głównie naszej bezdzietności, naszej niepłodności, naszego leczenia. W czasie ciąży również zdarzały się wścibskie pytania, dziwne rady i śmieszne przesądy. A nawet straszenie mnie macierzyństwem typu: „jak się urodzi to dopiero zobaczysz”, „ciąża to pikuś, potem to się dopiero zacznie i już lepiej nie będzie”, „korzystajcie z życia póki możecie bo potem..„dzieci to nieprzespane noce, skarbonka i same kłopoty” czyli przedstawianie ciężarnej rodzicielstwa jako pasmo udręk. NO RĘCE MI OPADAJĄ.

Teraz z kolei spotykam się z komentarzami na temat wychowywania mojego dziecka. I o zgrozo wiem od koleżanek, znajomych i z innych blogów, że nie jestem z tym sama. To chyba jakaś plaga wszystkowiedzących dziadków, teściów, rodziców, sąsiadów, ciotek, koleżanek, a nawet obcych ludzi. Nie wiem co mają ludzie w sobie takiego, że wtrącają swoje uwagi choć nikt ich o zdanie nie pyta. Czy to odwaga? Czy bezczelność? A może przeświadczenie o swojej nieskazitelnej i bezkresnej wiedzy w tym zakresie? Nie wiem. Ale jeśli nie dotyczy to bicia, głodzenia, znęcania się i maltretowania danego dziecka (tu oczywiście trzeba reagować!!!) to czy ludzie mają prawo wtrącać się w jego wychowanie?? Przecież do jasnej anieli, to matka nosiła je 9 miesięcy, matka urodziła i matka decyduje!

- „Maja a zapytaj się swojej mamy dlaczego nie masz pod pupą poduszki” – usłyszałam kiedyś od bezdzietnej cioci, która na pewno wie lepiej, że poduszka w wózku musi być! I to koniecznie pod pupą, bo bez poduszki pod zadkiem niewygodnie przecież!

- Taka mała i już ma kolczyki???” – Taka stara a niewychowana? – mam ochotę zapytać. A czy jest gdzieś ustawowo określone jaki wiek jest najlepszy na przebicie uszu? Nie słyszałam.

- Pewnie jej zimno w te gołe nóżki” – tak, na pewno w lipcowe 36 stopniowe upały dostanie odmrożeń i jej palce odpadną bo nie założyłam małej skarpetek.

- „Pewnie ma potówki, pewnie coś zjadłaś, pewnie płyn zmieniłaś, pewnie nie wyprasowałaś, pewnie dotyka buzią brudnej podłogi” – no i wizyta u lekarza już nie jest potrzebna, porady medyczne za darmo!

- „W samych rajstopkach/leginsach/spodniach na tej podłodze? Pewnie się rozchoruje” – to że u nas podłoga ciepła jak latem piasek od słońca i że w pupę jest ciepło, znaczenia nie ma.

- Na pewno jest głodna i dlatego marudzi, zrób jej mleko. Na pewno już zgłodniała. No daj jej jeść.” – No tak, racja, nie pomyślałam że moje dziecko płacze z głodu!! Fakt, że jadła 1,5 godziny temu się nie liczy. A zmęczenie i to, że jest w obcym śmierdzącym papierosami miejscu nie ma z tym płaczem nic wspólnego. Ja po prostu nie znam swojego dziecka.

- „W taką pogodę pani dziecko na miasto ze sobą targa?” – no pewnie, że targam, bo przecież lubię głupia babo we mgle i wietrze męczyć się z 9 kg dzieckiem i 7 kg wózkiem po schodach w urzędzie! I kocham jak owo dziecko marudzi w kolejkach do kasy w markecie i jak się wścieka, że kolejny raz zapinam i wypinam z fotelika. Ale przecież racja! Mogłam sama jechać, a Maję w łóżeczku w domu samą zostawić. Lub nie jechać wcale i liczyć że Św Mikołaj za mnie wszystko załatwi.

- „Nie dajesz jej słodyczy/parówki??? Nasze już dawno w tym wieku jadły tak, to bardzo dziwne, że moje 11 miesięczne niemowlę nie wcina czekolady i najgorszego syfu zwanego parówką. Chyba czuję się winna.

- Matko jak ona schudła ostatnio. Musisz jej więcej dawać jeść” i fakt, że niemowlaki już tak mają, że przyrost ich wagi w pewnym momencie zwalnia i to, że Maja teraz nie śpi już tyle co kiedyś a rusza się prawie bez przerwy też się nie liczy. Ja ją po prostu głodzę.

- Ona się ciągle patrzy w tv” – po pierwsze nie ciągle; bo jak się bawi, raczkuje za mną po całym domu, broi w łazience i kuchni, gdy śpi, kąpie się, je i jest na dworze, to nie patrzy. A po drugie jak trochę popatrzy, to nie umrze. Wiem, że to nic dobrego i to nie powód do dumy, ale co mam zrobić. Chyba mi się należy chociaż Dzień Dobry TVN do porannej kawy. Przecież nie włączam małej bajek i nie sadzam specjalnie przed TV żeby sobie oglądała by mieć spokój, a sama w tym czasie nie leżę i nie pachnę. Patrzy przy okazji, bo TV jest w salonie a nie pod poduszką czy w szufladzie, więc siłą rzeczy jak coś gada, gra i świeci to jest dla małej atrakcyjne.

- „Czemu jej nie zrobisz kisielku? Albo nie dasz jej danonka? A może chleb z masłem?” mówione z miną jakbym głodziła swoje dziecko. Bo to przecież grzech śmiertelny, że Mai na każde miauknięcie i piśnięcie nie zapycham ust czym popadnie: kaszkami, kleikami, kiślami, chrupkami i ciastkami. Bo przecież trzeba za dzieckiem ganiać po całym mieszkaniu z łyżeczką i wtykać nieustannie jedzenie. Nawet jak wiem, że głodna nie jest.

- „Musicie coś zrobić bo ona jeszcze nie chodzi.”  Najlepiej kupić kojec, chodzik i jeszcze z trzy łóżeczka: po jednym do salonu, kuchni i łazienki żebym ją mogła za sobą wszędzie nosić i w nich umieszczać. Bo ona się nie ma za co podciągać i dlatego jeszcze nie chodzi. Nie pomaga kolejne tłumaczenie że 11 miesięczne dziecko ma prawo raczkować i tylko stać przy meblach i nie musi samodzielnie chodzić (do 18 miesięcy ma czas). Poza tym nie trzeba jej wsadzać na cały dzień do łóżeczka, bo gdy chce to się podciąga i stoi przy ławie, sofie, fotelach i w łóżeczku (po spaniu).

I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Czasami na takie komentarze „cioci dobrej rady” się odezwę grzecznie, czasami wcale. Innym razem zęby zaciskam. Nigdy jeszcze nie wybuchłam, ale chyba już niewiele mi brakuje. Bo nawet jeśli ludzie chcą dobrze to przecież ja jestem jej mamą. Ja ją kocham jak nikogo na świecie. Ja chcę dla niej najlepiej. I to właśnie ja, a nie osoba która wychowywała dzieci 20-30-40 lat temu, jestem aktualnie i na bieżąco w tematach: co niemowlak powinien, co musi, co mu można, jak i kiedy.

Naprawdę nie rozumiem tego ludzkiego poczucia, że mogą komentować, wtrącać i radzić. W takim razie ja też bym musiała niejednokrotnie powiedzieć: „pan to już jeść nie powinien, z takim brzuszyskiem. A pani musi rzucić palenie bo to niezdrowe. Ty powinnaś jakąs sensowną książkę przeczytać a nie ciągle seriale oglądać. A ty powinnaś się więcej ruszać na świeżym powietrzu. Ty za późno chodzisz spać. A ty się rozbierz bo przecież jest gorąco.” Ale tego nie mówię. Bo to nie moja sprawa. I nie wypada.

Uprzejmie więc pragnę zauważyć, że: Moje dziecko jest szczęśliwe, zdrowe, rozwija się prawidłowo, niczego jej nie brakuje, a gdy trzeba ma zapewnioną opiekę lekarską. I naprawdę w imieniu swoim i innych młodych mam DZIĘKUJĘ wszystkim za wszelkie komentarze i rady o które nie prosimy. Mamy prawo do własnych pomysłów, decyzji i błędów. My się Wam w wasze sprawy nie wtrącamy i oczekujemy vice versa.

 

A jak u Was w tym temacie? Chcecie się wyżyć? Zapraszam :)

Kolejkowa Rewolucja

Sercem, duszą, blogiem, rękami i nogami podpisuje się pod każdą inicjatywą, która ma na celu pozytywnie zmieniać ludzi. Dziś przyłączam się do akcji KOLEJKOWA REWOLUCJA.

O co chodzi? O promowanie wśród ludzi kultury i empatii.

W jakiej sprawie? Przepuszczania ciężarnej kobiety w kolejce.

Dlaczego? Bo tak wypada. Bo to przejaw kultury, dobrego wychowania, zrozumienia i wsparcia dla ciężarnej.

Większość z nas dorosłych kobiet była, jest, lub kiedyś będzie w ciąży, albo osobiście zna obecne, bądź przyszłe mamy. Sama byłam ciężarną, (mam nadzieję jeszcze będę) i mam córeczkę, która być może kiedyś też będzie nosić pod sercem nowe życie. I choć my kobiety z zasady jesteśmy twarde i dzielne, należy nam się troszkę przywilejów z powodu takiego „drobiazgu” jak tworzenie i dźwiganie nowego życia.

Owszem „ciąża nie choroba, a stan błogosławiony” słyszymy niejednokrotnie. Jednak w tym „cudownym” stanie często męczą nas mdłości, wymioty, zgaga, spuchnięte stopy, bóle pleców, migreny, duszności. A nawet jeśli czujemy się dobrze, to czy nie zasługujemy w tym wyjątkowym dla nas czasie, na tak mały a jednocześnie tak miły i ważny gest jakim jest nieczekanie w długaśnej kolejce??

Gdy rok temu byłam w naszej ukochanej, wyczekanej i wymodlonej ciąży, byłam tak szczęśliwa, że na stanie w kolejkach nie zwracałam szczególnej uwagi. Jednak na potrzeby akcji przypomniałam sobie swoje kolejkowo-ciążowe historie i dziś podzielę się z Wami trzema z nich:

1) negatywna. W naszym mieście jest apteka, która ma dość konkurencyjne na tle innych ceny. Jak się można domyślać kolejki są w niej długie jak warkocz Roszpunki. Była zima. Do apteki ledwo można było wejść; tylu ludzi. Ja w 8 miesiącu ciąży. Wchodzę razem z moją mamą i mówimy grzecznie dzień dobry. Stanęłam w kolejce, moja mama na uboczu. Byłam chyba 10. lub 11. W środku duszno i tłoczno. Przede mną ludzie w średnim lub starszym wieku. Myślę sobie, nie spieszy mi się, poczekam. Ale w zaawansowanej ciąży, zimowej kurtce i w tak małym i zatłoczonym pomieszczeniu zaczęło mi się robić słabo. Stoję cierpliwie, choć po cichu liczę, że farmaceuta za sekundę poprosi mnie do kasy („kobiety ciężarne obsługiwane są poza kolejnością” głosiła mini karteczka w kiepskim stanie powieszona na ścianie). Niestety. Zaczyna się robić gorąco. Rozpinam kurtkę i spoglądam na mamę spojrzeniem mówiącym „ciekawe jak długo jeszcze”. W końcu musiałam ściągnąć kurtkę. Nadal na nikim nie zrobił wrażenia mój ciężarny brzuchol. Do duszności dołączyło kopanie córeczki w mój pęcherz. Kiepsko, myślę. Nie wytrzymam. Wyciągam portfel a w nim widzę swoją legitymację honorowego krwiodawcy. Jak nie zaawansowana ciąża, to chociaż ta legitymacja daje mi przywilej „poza kolejką”. Ale odwaga, a raczej jej brak nie pozwala mi się odezwać. Na szczęście moja mama w końcu nie wytrzymała i dość głośno zapytała farmaceutę czy kobiety w ciąży rzeczywiście są tu obsługiwane poza kolejką. Pan przeprosił, kiwnął że mam podejść i mnie obsłużył. W aptece zrobiła się ciężka atmosfera. Słyszałam nerwowe krząkania, wredne prychania i uszczypliwe komentarze. Na karku zniecierpliwione i zawistne spojrzenia starszych ludzi wypalały mi dziurę, a potem odprowadzały bezczelnie do drzwi. Nie miłe. Bardzo nie miłe.

2) pozytywna. Wchodzę do marketu. Otworzony dopiero kilka dni więc ludu jak lodu. Zabrakło wózków. Wzięłam koszyk. Zrobiłam spore zakupy. Między innymi wiadro proszku do prania. Ledwo to wszystko dźwigałam. Do kasy szłam chyba z 15 minut zatrzymując się co chwilkę na odpoczynek. Kolejka giganticus!! Ale nikt nie przepuścił, więc czekam. Przy kasie pytam ekspedientkę czy mogę część z moich zakupów u niej zostawić i za chwilę po nie wrócić. Tłumaczę, że jestem sama, zakupy są ciężkie i na jeden raz nie mogę i nie chcę ich do samochodu dźwigać. Na te słowa pani stojąca za mną w kolejce mówi: „Nie, nie, pani nic dźwigać nie będzie. Ja pani swojego męża wypożyczę i on pani do auta wszystko grzecznie zaniesie.” Zaskoczenie moje (i męża tej pani) było ogromne. Ale jak powiedziała, tak zrobił i grzecznie mi do bagażnika zakupy zaniósł. Było mi wtedy niesamowicie przyjemnie. Tak się jakoś miło na sercu robi, gdy ktoś obcy chce Ci w czymś bezinteresownie pomóc.

3) pozytywna. Lato. Upał. Nie marzyłam o niczym innym jak zamoczyć się w basenie. Ciąża w pierwszym trymestrze. Mało widoczna. Mdłości i duszności. Ale zabraliśmy siostrzenice i pojechaliśmy na termy do Uniejowa. Mamy tam daleko. A kto był ten wie, że w sezonie kolejka ciągnie się i ciągnie. Około 2-3 godziny czekania. Cienia zero. Stoi się na słońcu. Wiedziałam, że nie wytrzymam. Gdyby nie dzieciaki, pewnie byśmy zrezygnowali i wrócili do domu. Ale miny dziewczynek wyrażały jedno: ciociu plis, musimy wejść. Stanie w ciąży, z mdłościami, w upale na słońcu przez 2 godz nie wchodziło w grę. Poszłam więc na początek kolejki, do rodziny z niemowlakiem. Powiedziałam wprost. Jestem w ciąży, przyjechaliśmy z daleka, nie dam rady stać na tym skwarze a dzieciaki mi nie odpuszczą jak wrócimy do domu. Reakcja była natychmiastowa. „Oczywiście że pani może wejść przed nami. Proszę bardzo. A który to tydzień? Jak się Pani czuje?” Zaznaczam, że ciąży nie było wtedy widać. Oni po prostu ufali, że mówię prawdę i wykazali się dużą empatią. I jak tu nie wierzyć w dobrych i kulturalnych ludzi?

Ja w nich wierzę. Jednak jak wiadomo, nie wszyscy są tak chętni by ustąpić ciężarnej miejsce w autobusie lub przepuścić ją w kolejce. Dlatego wspieram kolejkową rewolucję i chcę do tego zachęcić innych.

Teraz Wasza kolej. Opowiedzcie w komentarzu swoje ciążowo-kolejkowe historie. Te znane Wam z doświadczenia, lub te których byłyście świadkami. Jeśli chcecie polubcie ten wpis na facebooku, skomentujcie i udostępnijcie link innym. Szerzmy kulturę wśród ludzi. Walczmy o prawa ciężarnych. Zmieniajmy świat dla nas i naszych córek.

Zapraszam Was również do źródła akcji czyli na stronę kolejkowej rewolucji.(lub na ich funpage na FB) Tam dowiecie się jeszcze więcej na ten temat. Do dzieła dziewczyny, no bo kto jak nie my???

dolacz

taki dzień

Pada. Radość życia, chwytanie chwili, wyciskanie ile się da z tego co masz- nagle już o tym nie pamiętasz. To tylko słowa. Gdzieś w kącie schował się Twój optymizm i uśmiech którym zarażasz świat. Ty hipokrytko.

Pada. Przykrywam Majulę kołdrą bo znów się odkopała i po cichu wychodzę. Wracam na plac boju. Między sylwestrowymi balonami zbieram książeczki, klocki, lalki i kubeczki. Siadam na sofie i nic absolutnie mi się nie chce. Nawet jeść.

Pada. Nastrój świąteczny prysł. Choinka już przeszkadza a nie cieszy. Noworoczny entuzjazm zgasł razem z fajerwerkami. A mi jakoś smutno. Bez powodu. Biorę książkę ale nie mogę się skupić. Czytam lecz nie rozumiem.

Siadam przed komputerem. Może jak napiszę to mi ulży. W gardle jakaś kula zawadza. I czuję, że gdyby tylko ktoś mnie teraz przytulił zaczęłabym ryczeć jak wół. Bez powodu.

Takie dziwne przeczucie. Niedobre. Nie lubię tego stanu.

A taki mam dziś dzień. Bez powodu.

najcenniejsze

Wczoraj pierwszy raz od roku byliśmy z mężem w kinie. Hobbit 3, dwie paczki popcornu, okulary do 3D i my. Było super. Dziś będzie domówka. Taka rodzinna. Kameralna. Z dzieciarnią roześmianą. Z balonami pod sufitem. Z kulą dyskotekową rzucającą kolorowe światełka w rytm muzyki i domową pizza wypełniającą zapachem każdy zakątek domu. A teraz będą przemyślenia.

Rok 2013 był czasem budowy, ciąży i przeprowadzki.

Rok 2014 to same nowości. Przede wszystkim Maja. Jej narodziny. Opieka nad nią. Moje pierwsze macierzyńskie rozterki i sukcesy. Przez ten rok wiele się nauczyłam. O świecie, o życiu, o sobie. Przesunęłam własne granice, pokonałam słabości. Stałam się lepszym człowiekiem. Macierzyństwo nauczyło mnie pokory, cierpliwości ale dało tez nieopisaną radość i wypełniło moje życie cudownymi momentami. 

Były gorsze dni, narzekania, chwile słabości, ale i tak czuję się o niebo silniejsza. Pewniejsza siebie. Jestem bardziej odpowiedzialna i zorganizowana. Mimo absorbującego macierzyństwa i męczącej bezsenności mam czas i chęci na różne rzeczy. Rozwijam się, mam nowe hobby. Jestem szczęśliwa i spełniona. Udało mi się. Jestem zadowoloną mamą.

Ten blog również jest moim sukcesem. Moim hobby, moim czasem dla siebie, moim pamiętnikiem, radością i satysfakcją. Od początku pisałam go spontanicznie, zawsze szczerze i od serca. Dla siebie, a nie dla kogoś. Nie pod publikę czy liczbę polubień na FB. Choć w blogowym świecie to bardzo modne, nie mam instagrama, tweetera, pinterest. Bo mi nie o to chodzi i nie na tym mi zależy. Jednak fakt, że blog dziennie odwiedza od 500 do 1500 osób bardzo mnie cieszy. To, że dzięki niemu poznałam wiele wspaniałych ludzi jest niesamowite.

To, że ktoś tu codziennie zagląda by razem ze mną się śmiać czy płakać, napawa mnie dumą. Że gdzieś między sprawdzeniem poczty, FB i pogody, macie czas na mój blog sprawia mi wiele uciechy. Cieszę się, że makeonewish jest dla Was codziennym obowiązkowym maleńkim punktem na mapie zwiedzania wirtualnego wszechświata. Czasem odpoczynku między pracą a zakupami, miejscem odskoczni od swoich problemów, małej radości przy porannej kawie, chwilą przemyśleń i zadumy przed pójściem spać lub bodźcem do uśmiechu na zwykły dzień. To takie miłe, że chcecie tu ze mną być. Dziękuję Wam, że jesteście. Że Wam, tak jak i mi jest tu dobrze.

Chciałabym każdej i każdemu z Was życzyć by ten Nowy Rok był lepszy niż ten 2014.

Życzę Wam wiary w siebie, w dobro i w ludzi. W to, że nawet jak jest źle, to w końcu będzie lepiej.

Tym, którzy ciągle walczą o swoje marzenia, obojętnie czy te małe, materialne czy te duże, duchowe, te osiągalne lub te prawie niemożliwe do spełnienia życzę cierpliwości, sił i wytrwałości. Nie poddawajcie się. Nigdy.

Tym, którzy już spełnili swoje marzenia, życzę by to doceniali. By cieszyli się swoim życiem, rodziną, hobby, pracą i dziećmi. By celebrowali każdy dzień i wyciskali ze zwykłych chwil to co najlepsze.

Życzę każdemu z Was radości. Takiej jak mają dzieci. Spontanicznej i szczerej. Radości z życia. Z obecności kogoś bliskiego. Ze zwykłych chwil. Ze smacznej przekąski. Ze słońca co świeci w oczy. Z ciepłej kąpieli. Widoku psa za oknem. Z powrotu do domu.

Życzę Wam byście nie byli sami. By zawsze ktoś na Was czekał. Ktoś Was potrzebował. Ktoś rozbawił i pocieszał. Wysłuchał i przytulił. By było dla kogo rano wstać i się starać nawet gdy jest ciężko.

Bądźcie zdrowi i szczęśliwi. Szukajcie szczęścia na własny sposób. Kochajcie ludzi i życie. Jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. I pamiętajcie o tym co najcenniejsze…

Z całego serca Wam życzy AGA

przepis na udane święta

Cieszę się ogromnie, że przypadł Wam do gustu mój ostatni wpis i dziękuję za wszelkie komplementy :) To bardzo miłe że i Wam podoba się mój pomysł na nasz świąteczny salon. Dziś przepis na udane święta. Według mnie składa się nie kilka składników.

1) Wystrój

Najpierw Bożonarodzeniowe must have jeśli chodzi o stworzenie klimatu. I nie ważne czy ma się 300 metrowy dom, czy 40 metrowe mieszkanie, sprawdzą się wszędzie. I dla tych co lubią świąteczny kolorowy przepych i dla tych którzy gustują w skromnym minimalizmie i prostocie. Żeby odnieść sukces na polu tworzenia klimatu świątecznego, trzeba pobudzić i dopieścić wszystkie zmysły.

Wzrok

Światło. Uwielbiam nastrój jaki tworzą włączone choinkowe lampki, zapalone świeczki i latarenki rozstawione po całym domu. Według mnie świeczek i światełek nigdy nie jest za dużo :) Idealny byłby też ogień w kominku, ale w tym roku ze względu na Maję nie palimy w nim.

Ozdoby. Ja stawiam na kolor czerwony, którego w ciągu roku w moim domu jest mało. Wystarczy zmienić i dodać kilka gadżetów takich jak: poduszka na sofie, renifer na półce, lampionik na parapecie, serwetka na stole, wieniec na drzwi, świąteczna skarpeta, jakaś gwiazdka w oknie i wystarczy.

Węch

Czyli wszelkiego rodzaju świąteczne zapachy. I na ten punkt składa się wiele aromatów. Takich jak zapach pierników, pomarańczy, cynamonu, mandarynek, goździków. Kto ma żywą choinkę ten jeszcze cieszy swój nos zapachem świerku czy jodły. My mamy sztuczną, ale mocny wiatr jaki ostatnio wieje zadbał o to, by po wczorajszym zimowym spacerku do lasu, w naszym salonie znalazło się choć kilka sosnowych gałązek, z których zrobiłam pachnący stroik.

Smak

Smak świąt to dla mnie kilka specjałów, które jem tylko w święta. Zupa z suszonych owoców, kapusta z grochem i makiełki. (Niestety nie przepadam za rybami i grzybami więc mało mam kulinarnej pociechy w wigilię). Do tego dochodzą mandarynki i pomarańcza, które mogłabym jeść kilogramami (szczególnie rok temu gdy byłam w ciąży). I choć pierniki upiekłam z wielką przyjemnością i wyszły pyszne i pachnące, to o wiele bardziej smakują mi ciasteczka korzenne. Wypróbowałam już wiele przepisów jednak nigdy nie wyszły mi tak pyszne jak te kupne. (Najczęściej można je dostać w Lidlu lub Kauflandzie).

Słuch

Uwielbiam kolędy, pastorałki i świąteczne anglojęzyczne piosenki. Bo kiedy jak nie w grudniu jest czas na odcięcie się od polityki, reklam i telewizyjnego chaosu na korzyść posłuchania nastrojowych kolęd? Z tych polskich uwielbiam Mizerną Cichą, Bóg się rodzi i Cichą Noc. Nasze domowe płyty z kolędami słuchane codziennie od Mikołajek, już mi się znudziły dlatego teraz posiłkuję się RMF FM Święta.

Dotyk

Tu niezastąpiona do duszenia i przytulania jest mała córeczka (którą ku mojej wielkiej radości mam), kochany mąż (który jest w domu a nie w pracy) i pachnąca świeżością pościel.

2) Atmosfera

Według mnie potrzebne jest przede wszystkim pozytywne nastawienie i jakiś wewnętrzny spokój. Bo w niczym nie pomoże 2 metrowa choinka, kilogramy pierników i najpiękniejsze ozdoby jeśli wykonamy pracę ponad siły, wpadniemy w nerwowy pośpiech a myślami odpłyniemy w stronę problemów. A jeśli dostałaś mandat bo spieszyłaś się do córki, a owa córka rozsypuje ci cukier po całej kuchni, i jeszcze w kulminacyjnym momencie świątecznych prac wyłączyli ci prąd. Usiądź i policz do 10. Wszystko będzie dobrze :)

Rodzinna współpraca, zdrowy rozsądek i proszenie o pomoc, to też klucz do sukcesu. Pomimo tego, że święta są u nas, nie pracuję od rana do nocy z potem na czole i jęzorem do pasa, by zrobić wszystko sama i na tip top. Dom sprzątam regularnie, a jeśli chodzi o większe porządki, zrobiłam ich tyle; na ile pozwoliła mi Maja. Mąż też dużo mi pomógł, np sprzątając łazienkę. Świąteczne big zakupy również zrobiliśmy wspólnie. W pakowanie prezentów i dekorowanie domu też się zaangażował. I tym sposobem poszło szybciej, a my spędziliśmy ze sobą miło czas. Jeśli chodzi o potrawy, na wigilijnym stole będzie ich na pewno (minimum) 12. Ale nie robię ich sama. Podzieliłyśmy się z siostrą i mamą. I tym sposobem mi przypadły tylko 4.

3. Atrakcje

Jak umilić sobie świąteczny czas? Można wraz z dzieciakami przetestować ich nowe gadżety, gry i zabawki. Gdy pogoda sprzyja, my zawsze po wielkim obżarstwie chodzimy na spacery do lasu, lub lepimy bałwana. A gdy za oknem słota i plucha gramy w rozgrywki na x boxie by się trochę rozruszać. Świąteczne kino domowe też jest jakąś alternatywą. Moje typy to Love actually- To właśnie miłość i jego polski odpowiednik Listy do M. A gdy wszyscy już pójdą spać i w salonie zostaniesz tylko Ty i pachnąca choinka, warto przypomnieć sobie dzieciństwo i poczytać Opowieść wigilijną K. Dickensa lub Królową Śniegu H. CH. Andersena.

4. Rodzina

Tak naprawdę punkty 1, 2 i 3 nic nie znaczą jeśli nie mamy dla kogo się starać i z kim świętować. Dlatego nawet gdy na stole będą 4 potrawy, choinka jest mała i sztuczna, a na dworze brak śniegu to nic. Bo najważniejsi są nasi bliscy i te chwile kiedy dzieciaki kwiczą z podekscytowania otwierając prezenty, a dom wypełnia rodzinny gwar i zapach wigilijnych potraw.

Jednak w tym roku najważniejszym „składnikiem” moich udanych i radosnych świąt jest Maja. Nasza córeczka, która już nie w moim brzuchu, a fizycznie siedząc między mną a mężem, przeżyje swoje pierwsze święta.

Już się nie mogę doczekać!

Jutro mnie czeka cały dzień w kuchni, a tymczasem relaks.

Miłego wieczoru.

Aga

20141222_180941

2 plus 2, czyli kiedy drugie?

Kochany pamiętniku.

Piszę do Ciebie bo w znów w tej mojej głowie myśli tyle co maku w makiełkach… Gdzieś między 1 a 2 w nocy, w ciemnej sypialni, przytuleni jak para staruszków ja i mój mąż ukochany, rozmawialiśmy o tym naszym majowym cudzie. Że taki z niej łobuz i wściekus, a taki przy tym słodki i kochany. Że zdrowa, że wszystko je ładnie, że jak się obudzi to nie płacze a leży sobie sama, że wody w oczach przy kąpieli się nie boi. I tak tą radością, że ją mamy się otulałam jak ciepłą kołdrą.

I zaczęliśmy sobie myśleć o drugim. I ta cała nasza rozmowa, kalkulacje i przytaczane argumenty nie dotyczyły kwestii tego czy w ogóle, a raczej kiedy na świat drugiego Bąbla sprowadzić. Bo dwójkę chcieliśmy mieć zawsze. I oczywiste dla nas było, że jeśli będziemy mogli mieć dzieci to chcemy więcej niż jedno.

Teraz tylko pytanie kiedy najlepiej? Oczywiście tego mi nikt nie powie. Bo rad i doświadczeń tyle, ile ludzi. Poza tym pewnie tak jak i z pierwszym dzieckiem, tak i z drugim – idealnego momentu nie ma. Zawsze będzie coś. Jednak przy tej rozmowie z mężem wywnioskowaliśmy wiele argumentów za tym by o drugie starać się niebawem.

1) Jak wiadomo u nas z planowaniem i płodnością różnie bywa. A pewne jest to, że młodsi z czasem nie będziemy, tylko coraz starsi. Lekarze mówili mi, że jeśli chcemy mieć drugie dziecko to lepiej od razu, bo teraz po pierwszej ciąży ponoć ma mi być łatwiej zajść w drugą. Boje się, że jeśli odłożymy decyzją o drugiej ciąży na za minimum 3 lata (w punkcie następnym wytłumaczyłam dlaczego akurat za 3 lata a nie 2) i potem jeszcze dodać ewentualny czas starań i czas ciąży, to może się to naprawdę wszystko wydłużyć.

2) Od maja 2015 r mam wrócić do pracy. Jeśli wrócę to zacznę robić awans na nauczyciela mianowanego. Trwa to 3 lata.  Miałam już rok zrobiony, ale przerwałam bo zaszłam w ciążę z Mają i przepadło. Więc teraz gdy już wrócę, to od września 2015 chciałabym zacząć i skończyć ten awans, a to oznacza, że przez najbliższe 3 lata nie mogłabym zajść w ciąże. Czyli w tym przypadku najwcześniej gdy miałabym 31 lat (a mąż 40) zaczęlibyśmy dopiero starania o 2 dziecko.

3) Jesteśmy jak to się mówi na etapie pieluch. Nocne pobudki, mleka, szczepienia, rozszerzanie diety, ząbkowanie. Jestem na bieżąco w tych tematach. Wiem co, jak, z czym i kiedy. Ponoć jak się z tego wyjdzie i ma się już odchowane, wszystko jedzące, samobawiące, niepieluchowe, śpiące w nocy i samodzielne w dzień dziecko, to potem się nie chce wracać do pampersów, cyca, kolek i od początku „uczyć” kiedy marchewka, a kiedy gluten.

4) Mamy jeden pokój dla dziecka. Dlatego uważamy, że chyba łatwiej go będzie wspólnie dzielić rówieśnikom, niż dzieciom z większą różnicą wieku.

5) To samo tyczy się zabaw, zabawek, zainteresowań, tematów do rozmów. Na własnym przykładzie wiem, że to nie różnica wieku, a charaktery decydują o relacjach rodzeństwa. Jednak to dotyczy późniejszych lat, gdy klarują się poglądy na życie itd. W dzieciństwie raczej każdy chce się mieć kompana do zabaw w zbliżonym do siebie wieku. Kogoś, kto ułoży z Tobą wierzę z klocków, pobawi się z lalkami lub ulepi babki w piaskownicy niż nastoletnią siostrę, która musi się uczyć na test lub biega na randki.

6) Mamy w miarę nowe ubranka, kocyki, wózek, pościele, zabawki i inne gadżety. Wszystko jeszcze nie przestarzałe, nie wydane, nie sprzedane, nie zniszczone. Byłoby idealnie móc to wykorzystać a nie rozdać, chować na strych lub wystawiać na allegro.

7) Pewnie początki były by ciężkie i trudne: kolejne miesiące robienia mleka, nocnych pobudek i zmieniania pieluch, ale chyba lepiej zrobić to ciągiem, za jednym razem. A potem dzieciaki zajmują się same sobą a mama odpoczywa i wraca pełną parą na stałe do pracy.

 

I tak by wyglądały argumenty za. Ale z drugiej strony… No właśnie. Co mnie męczy?? Jakie mam obawy?

 

1) Myślę o sobie. Jeśli uda się nam dość szybko, to Maja będzie mieć niecałe, lub ok 2 latka, a to przecież jeszcze takie małe dziecko. Będzie mnie potrzebować. Nie wiadomo jak będzie z jej samodzielnością i zazdrością o rodzeństwo. Czy sama dam radę z absorbującym dwulatkiem i noworodkiem? Teraz macierzyństwo to sama radość i pasja. A jeśli to mnie przerośnie i nie ogarnę tematu dwójki? Nie chce się zamienić z najszczęśliwszej mamy na świecie w taką sfrustrowaną,  która nie daje rady.

2) Myślę też o Mai. Że gdy pojawi się maluszek, nie będę już miała dla niej tyle czasu. Że ją zaniedbam, że coś straci. Że będę mówić tylko zaraz i zaraz, albo bądź ciszej, odejdź i nie przeszkadzaj. A przecież należy jej się pełna uwaga, czas i miłość! Ona na to zasługuje. Tak długo na nią czekaliśmy.

3) Myślę i o tym drugim, młodszym dziecku. Nie chcę być dla niego niesprawiedliwa. Nie chcę traktować go inaczej. Maja ma kalendarz z ciąży z opisami wizyt i zdj USG, sesję ciążową, skrzyneczkę z pamiątkami, mnóstwo zdjęć, pamiątek, albumów. Ktoś mi kiedyś powiedział „Nasz pierwszy syn też tak miał jak Wasza Maja, a nasze drugie dziecko ma zdjęcie z porodu, chrztu i z roczku”. Ja tak nie chce!! Chcę mieć takie samo entuzjastyczne i podejście i pełne zaangażowanie jak do Mai. Ale co jeśli przy drugim nie będzie już tyle czasu? Możliwości? Nie daj Boże chęci? Co jeśli nie będę mieć tego zapału jak przy pierwszej ciąży?

4) Boję się też najbardziej tego, że nastawiliśmy się z radością na drugą ciążę, a powtórzy się sytuacja jak z pierwszą. Nie wiem czy znów dam radę wytrzymać tą comiesięczną nadzieję, rozczarowania i stres. Że mimo innych planów nic z tego nie wyjdzie i będę musiała wrócić do pracy w maju.

5) No i standardowo martwię się o finanse. 4 osobowa rodzinka plus kredyt hipoteczny, to już wyzwanie.

Ciężkie są to decyzje. Szkoda, że nikt mi nie powie: zrób tak albo tak. Szkoda, że z nami nigdy nie wiadomo za ile i czy w ogóle się uda z drugim dzieciątkiem. Szkoda, że nie ma gdzieś idealnego przepisu na życie.

Mimo wielu obaw i niepewności zawsze marzył mi się dom wypełniony śmiechem dzieci. Chcę by się goniły wokół kominka, kłóciły o zabawki, miały przed nami własne tajemnice, by się kłóciły, skarżyły, kwiczały wieczorami pod kołdrą a w aucie śpiewały wymyślone słowa piosenek. By wypełniły sobą nie tylko dom ale nasze myśli, ręce, czas i życie. Bo wiesz mój pamiętniku, mimo gorszych dni, mimo zmęczenia i tego, że czasami narzekam i o coś się martwię, własna rodzina i bycie mamą to najwspanialsze co mnie w życiu spotkało. I jeśli mogę przeżyć to macierzyństwo jeszcze bardziej, mocniej, pełniej i głębiej to właśnie tego chce!

jaki prezent pod choinkę?

Czasu zostało coraz mniej, a ja wciąż nie mam wszystkiego na święta. Chyba nigdy nie byłam z świątecznymi zakupami tak daleko w ciemnej.. dziurze. Dla części osób prezenty już mamy, dla pozostałych przynajmniej wiemy co kupić, ale nie mamy jeszcze najważniejszego – prezentu gwiazdkowego dla Mai. Tzn mam pierwszą część – wymyśliłam sobie, by choć jeden prezent nie był tylko na teraz, ale na lata. Chciałam, by miała pamiątkę z pierwszej Gwiazdki. Kupiliśmy więc coś na przyszłe wspólne czytanie do poduszki – pięknie ilustrowaną grubą książkę – wydanie opowiadań świątecznych  min Królowa Śniegu, Opowieść Wigilijna i Ołowiany Żołnierzyk. Ale co do tego??

Zdaję sobie sprawę, że trafiony prezent dla 11 miesięcznego niemowlaka to loteria i rosyjska ruletka. Bo z Mają już tak jest. Zabawek ma sporo, ale na długo jej nie zajmują. Od czasu do czasu dostaje coś bez okazji: a to kostkę – sorter, albo piłeczkę z grzechotką, innym razem jeżdżącego krokodyla, lub świecącego żółwia, albo kolejną książeczkę. A i tak najbardziej i najdłużej bawi się tym, czym nie może, czyli np płytami DVD, które ściąga z regału, paczką chusteczek, elektronicznym termometrem, opakowaniem biszkoptów, moim portfelem lub kapciem.

Wiem, że mogę wydać np 100zł na jakiś prezent, a ona zachwyci się opakowaniem lub kokardką. Ale to jej pierwsza gwiazdka. Chcę, by oprócz książeczki coś jeszcze od nas dostała i nie mam pojęcia co.

Mam dwa typy:

1) miś gawędziarz, cena ok 110 zł

2) drewniany pchacz – jeździk, cena ok 130 zł

Co myślicie o tych zabawkach? A może Wy macie jakiś pomysł?? Może coś innego, tańszego? Co dostaną Wasze pociechy pod choinkę?