MONONUKLEOZA (post dla cierpliwych, bo długi jak ta choroba)

Dziś do 1 w nocy czytałam książkę ” Kwiaty na poddaszu”. Opowiada o dzieciach więzionych na strychu przez matkę i babkę. Coś strasznego. Może właśnie te klaustrofobiczne opisy, zamknięcie i samotność tych dzieci, we śnie obudziły moje wspomnienia związane z podobnymi uczuciami.

Śniła mi się tamta mała sala. Miała białe ściany, okno wychodzące na taras i parking i dwie pary drzwi. Jedne do łazienki, drugie na korytarz. Przeleżałam w niej ponad miesiąc. Ta sala była moją izolatką. Najgorszą rzeczą jaka może spotkać szesnastolatkę w piękny ciepły maj.

Miałam szesnaście lat, chodziłam do pierwszej klasy w LO. Był ciepły wieczór. Wracałyśmy z mamą z majówki ze Śremu. Nie czułam się za dobrze. Byłam słaba, senna, osowiała. Gdy przyjechałyśmy do domu szybko pobiegłam do komputera wysłać z bramki sms – relację z pobytu u babci mojemu chłopakowi. Zaczęłam czuć dziwne drętwienie i ból szyi. Gdy jej dotknęłam poczułam dwie ogromne gule pod żuchwą. Pobiegłam do mamy. Gdy mnie zobaczyła, wiedziałam, że nie jest dobrze. Momentalnie zaczęła rosnąć gorączka. Nie pamiętam dokładnie co było dalej. Wiem, że trafiłam do jarocińskiego szpitala. Lekarze z oddziału dziecięcego nie chcieli mnie przyjąć pod pretekstem niewiedzy co mi jest i obawy przed zarażeniem innych. Było już późno. Odesłali nas do szpitala w Kaliszu. Słaniałam się na nogach z gorączki i bólu. Widziałam panikę moich rodziców. Nie dostaliśmy karetki. Rodzice sami wieźli mnie do szpitala.

Pamiętam ułamki tego co się działo. Noc za oknem pędzącego auta. W aucie przyciszone, zdenerwowane głosy rodziców. Mama trzymała papierosa w drżących dłoniach choć rzuciła palenie lata temu. Dreszcze od gorączki. Dwa wielkie węsły na szyi. Sztywność karku. Wreszcie dotarliśmy na oddział zakaźny dla dzieci. A tam niespodzianka. Na dzień dobry dostaliśmy opiernicz, że jak śmiemy w środku nocy przyjeżdżać bez uprzedzenia. Oni nie mają dla mnie miejsca.

Z wielką łaską trafiłam więc na izolatkę na oddziale dla dorosłych. Personel zaspany. Rodzice udzielali odpowiedzi na pytania lekarza. Podpisywali zgody. Gdy odjeżdżali mama płakała. Ja zostałam ubrana w szpitalną koszulkę i posadzona na taborecie. Szybko wytłumaczono jak mam usiąść i się wygiąć bo będą kłóć w kręgosłup. Już wiedziałam dlaczego rodzice musieli podpisać zgodę. Chcieli pobrać płyn mózgowo-rdzeniowy. Już wcześniej trzęsłam się z zimna od gorączki ale jak to usłyszałam to wpadłam w niekontrolowane wstrząsy. Ze strachu mięśnie same zaciskały się i rozluźniały na przemian. Miałam siedzieć nieruchomo, schylona głową w dół, rękami trzymać tylne nogi od taboretu. Wszystko mi się trzęsło, nogi dosłownie same skakały. Ukłucie nie było mega bolesne. Ale tak dziwne, mocno nieprzyjemne i tak przerażające że myślałam że umrę. Gdy było po wszystkim, wreszcie mogłam się położyć. W nocy wstałam siku. Byłam przerażona. Czułam się bardzo źle.

Na drugi dzień rozpoczął się najgorszy tydzień w moim życiu. Pionowa pozycja ciała zalewała mnie otępiającym bólem nie do wytrzymania. Chciało mi się wymiotować, a nie miałam sił wstać z łóżka i dojść 2 metrów do łazienki. Nikt z personelu szpitalnego po nakłuciu nie powiedział mi, że po tym zabiegu nie wolno wstawać przez 12 godzin, a ja byłam w nocy w łazience się załatwić. Ból głowy był nie do zniesienia. Nie mogłam się unieść, usiąść, wstać. Nigdy nie zapomnę tego bólu. Nie mogłam kręcić oczami, miałam sztywny kark, mdłości i światłowstręt. Pamiętam jak salowa wchodziła zabrać niezjedzone śniadanie i dać mi obiad, a potem wziąć nietknięty obiad i położyć kolację. Nie miałam tyle sił by usiąść i coś zjeść. Piłam mało by nie musieć wstawać do łazienki.  Zespół popunkcyjny trwał równy tydzień.

Nakłucie lędźwiowe nie potwierdziło wirusowego zapalenia opon mózgowych jak podejrzewali. Objawy nie mijały. Gorączka cały czas utrzymywała się blisko 40 stopni. Węzły chłonne nie zmalały a nawet urosły. Wyglądałam jakbym połknęła dwie piłki do tenisa ziemnego, które utknęły mi w gardle. Codziennie 3 razy miałam pobieraną krew do badań. Po tygodniu w zgięciach łokci wyglądałam jak narkoman. Ciągle dostawałam jakieś leki. Nic nie działało.

Nie widywałam się prawie z nikim. Lekarze nie przychodzili często. Wchodziła salowa sprzątać i zostawiać jedzenie i pielęgniarki by mnie kłóć. Wszyscy zawsze w maskach. Nie wiedziałam co się dzieje. Rodzice byli codziennie, ale nie mogli wejść. Stawali na dworze, na tarasie przy moim oknie i rozmawialiśmy przez szybę. Czułam się jak małpa w zoo. Choć byłam zakochaną nastolatką i tęskniłam za chłopakiem, to w tamte chwile nie pragnęłam niczego innego by móc przytulić mamę. Tak chciałam by mogli do mnie wejść.

Przyjeżdżali zawsze uśmiechnięci, ale udawali. Wiedziałam o tym. Raz ich na tym przyłapałam. Podczas ich „odwiedzin” poszłam do łazienki. Zanim wyszłam znów na salę, delikatnie uchyliłam drzwi. Stali w oknie z minami wręcz przerażonymi, oczami smutnymi. Jak dwa cienie ludzi których znałam. Mama schudła z 10 kg a tata codziennie miał coraz więcej siwych włosów. Gdy otworzyłam drzwi na ich twarze wrócił przyklejony uśmiech. Wiedziałam, że martwią się o coś poważnego, a mi nic nie mówią.

To była jedna z najgorszych rzeczy jakie mnie w życiu spotkały. Ból. Samotność. Niewiedza. Tęsknota. Byłam tam sama. Do dziś pamiętam każdy szczegół wyglądu tej sali, każdą plamkę na tych starych szpitalnych ścianach. Miałam lepsze i gorsze dni. Na duchu podtrzymywały mnie codzienne wizyty rodziców, dłuuugie kochane listy od mojej najbliższej przyjaciółki M. Opisywała co się u niej dzieje i co słychać w szkole. No i oczywiście wspierające sms od mojego chłopaka A. Jestem im za to wdzięczna. Tęskniłam za nimi. Za wyjściem na dwór. Za szkołą. W gorsze dni potrafiłam ciągle spać i płakać, ale tylko gdy rodzice już odjechali. Nie ma chyba nic gorszego dla człowieka niż tęsknota, niewiedza i bezradność.

Po kilkunastu dniach badań które nic nie wykazywały, antybiotyków które nie pomagały, do wielkich węzłów chłonnych i utrzymującej się gorączki doszedł okropny ból brzucha. Nie jadłam wtedy za wiele, a miałam wrażenie jakby coś od środka rozsadzało mi żebra. Myślałam, że pękną. Przyjechali rodzice. Wyglądali mizernie, z dnia na dzień coraz gorzej. Miałam poczucie żalu i złości że muszą się tak o mnie martwić. Mama wyczuła że coś jest nie tak. Powiedziałam więc jej o żebrach. Zniknęli z okna a ja nie umiałam już wytrzymać i pękłam. Szlochałam. Po jakimś czasie weszli na moją salę! Ubrani w te wszystkie szpitalne zabezpieczenia. A ja rozryczałam się jeszcze bardziej. Myśleli, że płaczę bo słyszałam ich kłótnie z lekarzami. Nie słyszałam. Ja płakałam z bólu i za nimi. Przytuliłam się do mamy. Już mi było lepiej. W skrócie i po łebkach powiedzieli, że ordynator oddziału nie wiedział nawet jakie leki ja przyjmuję. Nie zlecał nic innego oprócz ciągłego badania krwi 3 razy dziennie. Rodzice zażądali lepszego zaangażowania w moją sprawę. Chcieli diagnozy. A mnie prosili bym jadła. Bym walczyła.

Po ich interwencji coś ruszyło. Zaczęli mi robić prześwietlenia, usg i jeszcze częściej pobierali krew. Okazało się, że mój ból brzucha i rozsadzanie żeber spowodowany był uszkodzoną wątrobą i śledzioną. Były bardzo mocno powiększone. Za mocno. Śledziona mogła pęknąć a próby wątrobowe miałam przekroczone ponad czterdziestokrotnie od prawidłowych wyników.

Wpadłam w marazm. Nie miałam sił. Spałam. Patrzyłam w sufit. Tęskniłam. Gorączka, ból brzucha i szyi przez powiększone węzły i narządy odbierały mi możliwość chęci robienia czegokolwiek. Ale pamiętam przełom. Podczas pewnych odwiedzin, mama przez okno podała mi termos zawinięty w kuchenną ściereczkę. Powąchałam ją. To był zapach proszku i płynu do prania mojej babci ze Śremu. Poznałam go. A w termosie kluseczki z serka waniliowego z cukrem. Babcine. Moje ukochane. Zjadłam. W kolejnych dniach przyszła ochota na frytki z Mc Donalda, kanapkę z pomidorem i zielonym ogórkiem. Małymi krokami wracał apetyt. Jednak minął już miesiąc a my nadal nie wiedzieliśmy co mi jest. Objawy nie znikały, rodzice wyglądali coraz starzej. Zaczął się czerwiec.

I pewnego dnia ktoś wszedł na salę, chyba pani dokktor i nie miała założonej maski!! A w ręce trzymała jakiś dokument. Powiedziała: „zadzwoń do rodziców. powiedz, że w wynikach krwi wyszła mononukleoza”. Byłam przerażona. Nie znałam tego słowa. I nie brzmiało ono dobrze. Zadzwoniłam na domowy telefon. O dziwo odebrał mój chrzestny. Nie miałam pojęcia co robi w naszym domu i jeszcze dlaczego odbiera telefony. Głos miał smutny, w tle słyszałam gwar. Gdy powiedziałam, że to ja, zmienił głos, zawołał do słuchawki mamę a w domu zrobiło się cicho. Przekazałam jej to, co pani doktor kazała, pewnie trochę przekształcając nazwę choroby. Myślałam, że mama się załamie, przerazi tak jak ja. Ale ja usłyszałam najszczęśliwszy krzyk radości pod słońcem. Mama przekazała moje słowa bliskim, którzy znajdowali się z nią w naszym domu. Reakcja była identyczna. Wszyscy się cieszyli. Mama powiedziała, że to dobra wiadomość i niedługo przyjadą.

Nie muszę chyba pisać, że byłam w szoku. Przekazuję im, że mam jakąś okropnie brzmiącą chorobę a oni skaczą z radości. Potem z dnia na dzień powoli czułam się lepiej. Wolno mi było spacerować po korytarzu. Odwiedził mnie chłopak i przyjaciółka. Jeszcze trochę leżałam w szpitalu. Potem wypisali mnie do domu, ale tylko dlatego, że mama jest pielęgniarką. Tak się cieszyłam. Brakowało mi wszystkiego. Nawet zmywania naczyń i kłótni z siostrami. Ale musiałam leżeć, brać leki, być pod opieką i stosować dietę wątrobową jaką dostałam. Był już czerwiec. Nie wróciłam wtedy do szkoły.

Długo dochodziłam do siebie. Bardzo schudłam, byłam słaba, nie miałam apetytu i energii. Nie umiałam długo stać czy chodzić bo zalewał mnie pot i trzęsły mi się kończyny. Bałam się też, że zawsze będę wyglądać jak chomik. Ale stopniowo węzły się wchłaniały a ja wracałam do sił.

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się od rodziców, że mononukleoza to najlepsze co mogło mnie spotkać. Lekarze podejrzewali ostry przebieg białaczki albo raka węzłów chłonnych. Nikt mi nic nie mówił, ale było ze mną źle. Cała rodzina się za mnie modliła. Rodzice myśleli, że umieram. Diagnozy nie było, objawy nie znikały, leki nie działały. Na własną rękę szukali klinik onkologicznych, specjalistów. Dlatego słowo mononukleoza tak ich ucieszyło.

A co to jest mononukleoza?? To choroba zakaźna. Najczęściej dotyczy dzieci i młodzieży. Im później się na nią choruje, tym gorzej się ją przechodzi. Inaczej nazywa się ją chorobą pocałunków, bo przenoszona jest przez ślinę. Ale można się też zarazić drogą kropelkową, lub przez krew. Mój chłopak- jedyna osoba, z którą się wtedy całowałam, był zdrowy. Musiałam więc mieć mega pecha, że zaraziłam się drogą kropelkową np ktoś na mnie kichnął. Mononukleoza to taka dziwna choroba, która potrafi wykluwać się od 30 nawet do 50 dni, dlatego tak długo nie znaleźli jej w mojej krwi. Jedni zarażeni przechodzą przez mononukleozę i nawet o tym nie wiedzą, a inni mają objawów całą masę, jak ja. Jeśli wierzyć lekarzom, nie widzieli wcześniej tak poważnego przebiegu tej choroby.

Mononukleoza zostawiła po sobie ślad. Przez dobre kilka miesięcy wracałam do sił sprzed choroby. Rok brałam leki na regenerację wątroby i musiałam stosować dietę wątrobową. Przez parę lat miałam też anemię, musiałam brać żelazo by polepszyć wyniki krwi. Włosy po ponad miesiącu przyjmowania masy różnych leków w szpitalu zmatowiały, przerzedziły się, część wypadła. Do dziś przy każdym przeziębieniu moje węzły się powiększają i utrudniają ruszanie szyją. A żyły w moich rękach, po miesiącu kłucia po 3 razy dziennie mają takie zrosty, że nie sposób założyć mi wenflonu, o czym się przekonałam przed badaniem drożności jajowodów.

Ale oprócz biologicznych, fizycznych powikłań, mononukleoza przede wszystkim zostawiła we mnie psychiczny ślad. Świadomość ogromu miłości rodziców do własnych dzieci i moją do rodziców, alergię na szpital i strach przed samotnością.

30 Komentarze

  1. …szpital dziecięcy jarociński-horror…ja ze swoim synem byłam jakieś 8 lat temu w jarocińskim szpitalu i mu stwierdzono wyrostek …ale ze nie mieli anestozjologa dziecięcego musieliśmy jechać do kalisza…na własną rękę….!!!! a gdyby to był rozlany wyrostek….nie wiem… ale co się okazało to było zwykle zatrucie…:)

  2. jejciu..jaka przejmująca historia!
    ja pracuję w szpitalu,w jednym z renomowanych kardiologicznych ośrodków i to co piszesz o polskie służbie zdrowia jest niemożliwe! tzn. chodzi mi o to, że u nas nikogo z kwitkiem nie odsyłają, nie oszczędzają na diagnostyce, lekarze bardziej troskliwi. Cóż, może to wynika ze specjalizacji szpitala i tego, że powszechnie wiadomo, że szpitale kardiologiczne są bardzo dobrze finansowane przez NFZ.

    Sama jeszcze nie miałam okazji przekonać się o bezduszności naszej służby zdrowia. Co nie zmienia faktu, że takich historii jak Twoja jest mnóstwo!

    Cieszę się, że dla Ciebie wszystko dobrze się skończyło. A pewnie i rodzina się do tego przyczyniła! :)

    PS. też czytałam tą książkę! nie jest to łatwe, a ta właśnie książka wywołała na mnie naprawdę ogromne emocje! przez kilkanaście dni nie potrafiłam o niczym innym myśleć, była i przerażająca i wciągająca. Nawet łezkę uroniłam jak zmarło to dziecko. Nieprawdopodobnie dziwna historia.

  3. Udało mi się przeczytać całość.
    Czytając to,co napisałaś miałam wrażenie,jakbym słuchała podobnej historii w telewizji o lekarzach bez serca i uczuć.O lekceważeniu pacjentów.Dobrze,że jednak wszystko miało swój szczęśliwy koniec,że nie było gorzej,tak jak np.podejrzewali Twoi rodzice

  4. Kwiaty na poddaszu… ojoj, a wiesz że jest nakręcony film na podstawie tej książki? Film jest stary bo oglądałam go pod koniec lat 80. A kto napisał tę ksiażkę? Napisz bo chyba ją sobie pożyczę:)
    A tak poza tym… kochana, nie ma nic gorszego na świecie od chorego dziecka. Nawet kiedy głupi katar męczy dziecko to ma się ochotę wziąć to na siebie a co dopiero mówić o tym co przeszli Twoi rodzice, chyba bym umarła ze strachu. W zeszłym roku Mała miała wysoką gorączkę, a poza tym nie miała żadnych innych objawów. Gorączka rosła do 39 i spadała zaledwie do38 i tak przez 3 dni. Po trzech dniach dostała wysypkę i już wiedziałam, że Jej nic nie grozi bo to była trzydniówka… ale co się namartwiłam to moje;/
    Pozdrawiam:)

  5. wiem co przeszlas moj synek 2 latka j 8 miesiecy w wigilie 2012 trafil do szpitala z identycznymi objawami tylko ze w naszym przypadku odrazu podejrzewali mononukleoze zakazna a specjalistyczne badania tylko to potwierdzily z twojego opisu dopiero widze ile moj macius musial sie nacierpiec nie mogl mi sie pozalic bo jeszcze nie mowil ale cale szczescie w sylwestra moglismy wrocic do domu to byly najgorsze swieta w moim zyciu pozdrawiam

  6. Znam ten ból… Ja miałam „przechodzoną” mononukleozę. Okropny ból pod żebrami po lewej stronie, węzły na szyi ogromne, w pachwinach też powiększone- drętwiały nogi i ręce, nawet z boku szyi takie, których normalnie nie można wyczuć. Leżałam tydzień w lutym 2010r. na oddziale dziecięcym w moim miejscowym szpitalu- nic nie wykryli, a mnie wszystko bolało, wymiotowałam, nie mogłam się skoncentrować, przesypiałam 3/4 dni. Nic. Wypisali mnie do domu z wynikami, które przerażały (wysokość mojego OB była wyższa od tej, którą miał mój dziadek chwilę przed śmiercią na raka). Ten stan utrzymywał się przez rok, nikt nie wiedział co mi jest, tłukłam się z rodzicami od lekarzy do lekarzy. W lutym 2010r. któryś z nich dał mi skierowanie do dziecięcego szpitala wojewódzkiego na oddział onkologiczno-hematologiczny. W międzyczasie wykryto guza na tarczycy, więc zaczęli podejrzewać, że to rak i są przerzuty do węzłów. Rodzice myśleli o najgorszym- zaczynali rozglądać się za dobrą kliniką onkologiczną. Na szczęście okazało się, że nie ma, że to mononukleoza. Najgorszym jest to, że wcześniej miałam robione badania w tym kierunku w moim mieście, ale nic nie wykryto. Lekarze byli przerażeni- powiększona śledziona z torbielami okazała się przyczyną bólu pod żebrami. Ze szpitala wyszłam po 2 tygodniach. Dostałam najsilniejsze dawki Heviranu, brałam leki ponad 2 miesiące ze stopniowym łagodzeniem dawek antybiotyku. Dalej nic, apatia, senność, okropne wyniki, węzły powiększone bardzo wyraźnie, drętwienie kończyn, nic nie przeszło, a nawet wróciło. Mama w najgorszych chwilach siedziała przy mnie w nocy pilnując, żebym się nie dusiła, bo węzły nie pozwalały mi swobodnie przełykać śliny. Koszmar- nigdy tego nie zapomnę. W czerwcu 2011r skończyłam 18 lat, miałam iść do 3 klasy LO i przygotowywać się do matury, ale okazało się we wrześniu, że wyniki są jeszcze gorsze, moja lekarka z dziecięcej wojewódzkiej onkologii po zobaczeniu badań okropnie się przeraziła, że wypuściła mnie w takim stanie i przez NFZ załatwiła, żeby mogła dalej prowadzić mnie na dziecięcym do wyjaśnienia sprawy- wtedy przekonałam się tak naprawdę, że to już „nie przelewki”, że jest źle. Z dnia na dzień, w pierwszym tygodniu nauki znowu trafiłam na 2 tyg. do wojewódzkiego, a tam? Wyniki złe, ale zaczęli załamywać ręce, bo to niemożliwe, żeby tak bardzo i długo bolało (a bolało okropnie- w nocy siedziałam na łóżku i płakałam przez węzły i brzuch)- zaczęli podejrzewać, że udaję, że boję się wrócić do szkoły z jakichś powodów. Wysłali mnie do psychologa pod pretekstem braku kontaktu ze mną. Może rzeczywiście miałam już tego wszystkiego dość, każdy by miał po takim czasie leczenia, do tego widok 3-4 letnich kruszynek w bardzo ostrych stadiach białaczki dobijał bardziej, chciałam wrócić do domu, do szkoły, nie robić sobie zaległości przed samą maturą. Dziennie przyjmowałam 18 różnych tabletek… Doszły mi jeszcze okropne bóle głowy, duszności, zawroty. Dostałam skierowanie na rezonans mózgu, który wykazał guz przy szyszynce. Tego już nie chcieli leczyć. Odesłali mnie do domu, bo przez to, że miałam 18 lat nie mogli mnie przetrzymywać na oddziale. Teraz mam 20 lat i jestem pod stałą kontrolą endokrynologa, neurologa i oczywiście hematologa. Nikomu nie życzę przechodzenia tego wszystkiego. Minęło ponad 1,5 roku od mojego ostatniego pobytu w szpitalu, jestem na studiach i tak naprawdę dopiero od 2-3 miesięcy zauważam, że zaczynam znowu normalnie funkcjonować- dopiero teraz przestaję ciągle zasypiać na stojąco, przesypiać po 20 godzin w wolne dni, znowu potrafię się skoncentrować na nauce. To jest okropna choroba, która zostawia bardzo duże ślady w organizmie. Torbiele na śledzionie zostały, a węzły powiększają się przy najmniejszym przeziębieniu nadal do ogromnych rozmiarów, zdarza się, że drętwieje mi noga, ale trzeba się do tego przyzwyczaić. Minie z czasem, już widzę postępy. Nie mam pojęcia jak się zaraziłam. Od momentu w którym zaczął się ten koszmar nie miałam chłopaka, na 2-3 miesiące przed też nie, więc najprawdopodobniej zaraziłam się drogą kropelkową lub przez picie z koleżankami z tej samej butelki.
    Pozdrawiam :)

    • hej Julita, dziekuje za Twoj wpis i podzielenie się Twoją historią :) dzielna babka z ciebie :*

      PS skad trafiłas ty i pozostałę 30 tys osob na mojego bloga? był gdzies na onecie??

      • Tak, był link na głównej stronie onetu :) Był jakiś dopisek o drętwiejącej szyi i o tym, że to straszna choroba o ile pamiętam- nie wiem dlaczego, ale od razu pomyślałam właśnie o mononukleozie.
        Pozdrawiam :)

  7. pierwszy raz czytałem taką historie. NIe wiem co napisac ale wywarła na mnie ogromne wrażenie. Mimo że jestem facetem to wzruszyła mnie ta opowieść. Pozdrawiam, trzymaj się

  8. Ja też miałam mononukleozę, też przezyłam podobna historię – niemal identyczną. Lekarze niewiele wiedzą o tej chorobie….
    Co ciekawe po 8 latach zachorował mój brat, lekarze przez 2 tygodnie szukali przyczyny co mu jest, i trwało to tylko 2 tygodnie bo sami my – rodzina – po objawach podobnych do moich zasugerowaliśmy co mu możne być – badania potwierdziły…..

  9. Dziękuję ci za tę historię. Wiem, jak ciężka jest ta choroba. Przechodziłam ją w wieku 10 lat, także późną wiosną i też nie chodziłam do szkoły w ostatnie dni roku szkolnego. Mnie jednak przyjęli do szpitala od razu, podejrzewali żółtaczkę. Całe mieszkanie okadzili. W szpitalu leżałam 3 tygodnie, diagnozę postawili dużo szybciej. Rodzice także odwiedzali mnie tylko w oknie. Dla małego dziecka to było traumatyczne przeżycie. Oprócz twoich objawów miałam także bardzo silne wymioty, aż zaczęłam wymiotować żółcią. Nawet kropli wody nie mogłam wypić. Jednak muszę przyznać, że mnie wyleczyli doskonale. Nie zostało mi nic po chorobie, nawet system odpornościowy znacznie mi się wzmocnił. Tylko że to wszystko było… w 1973 roku.

  10. Mnie mówią, że wyglądam młodziej, lepiej. I faktycznie świetnie się czuję. Tajemnica polega na tym, że Odżywiam się zdrowo , jem owoce i warzywa, jem regularnie, zaczynam też od zdrowego śniadania co jest najważniejsze w tym wszystkim(zdrowesniadanie.info/gberes ; idealnafigura.com/gberes).Zdrowie jest tylko jedno, warto o niego zadbać!

  11. Miałam pecha zachorować na tą chorobę, ale na szczęście w dużo łagodniejszy sposób. Przez miesiąc miałam stan podgorączkowy a konowały nie wiedziały co mi jest. W końcu dorobiłam się opuchniętego gardła pokrytego jakimiś białymi wykwitami. Do tego doszła wysypka uczuleniowa na antybiotyk. I to wszystko na 2 tygodnie przed ślubem.
    Miałam o tyle szczęście, że akurat zmieniałam pracę i musiałam się wybrać do zakładu medycyny pracy. Emerytowany lekarz tylko na mnie popatrzył i skierował mnie na badania do szpitala. Dostałam leki na alergię. Do slubu poszłam cudnie pokryta w czerwone placki, ale za to bez gorączki i bólu gardła. Przez kolejne pół roku nie mogłam wejść na 2 piętro bez solidnej zadyszki.

  12. Sama przeszłam mononukleozę w wieku 26 lat, osłabienie, gorączka 40 stopni, nie mogłam nawet wstać do toalety, po 2 tyg. dopiero zawieźli mnie do lekarza od razu zlecono badanie krwi, usg jamy brzusznej więc po 2 dniach wiedziałam już że to mono! Dziwne, że Ciebie tyle kłuli i tego nie odkryli…Miałam również w krwi wynik białaczkowy (przerażona byłam wtedy), z tym że w połączeniu z węzłami jak banie spuchniętą śledzioną, wątrobą na usg i strasznych(grypowych) bólach i drżeniu mięśni, lekarka stwierdziła mononukleozę. Podobnie jak Ty zaraziłam się kropelkowo- ja z tych pechowców;) Rok diety wątrobowej, osłabienie i tak jak u Ciebie-zaczęły mi wypadać włosy. Dobrze, że miałaś rodziców przy sobie-szpital jakiś tragiczny!
    Ja nie mogłam sobie wstać zrobić nic nawet kanapki mieszkałam sama, mój(wtedy jeszcze chłopak, dziś mąż) przywoził mi po pracy a to zupę z domu itp, czasem wpadła sąsiadka, zaparzyć herbatę w termos. A ja 2 miesiące prawie nigdzie nie mogłam wyjść, nogi miałam z waty…To naprawdę okropna choroba…

  13. Czytałam a łzy same leciały mi po policzkach…Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.Nie ma nic gorszego jak choroba,choroba młodego człowieka,choroba dziecka.Mój syn w wieku 3 lat zachorował okrutnie i to przez zaniedbanie lekarza pierwszego kontaktu.Przez 5 dni choroby 4 dni u lekarza i skierowanie do szpitala wypisane z wielkiej łaski.W szpitalu po osłuchaniu okazało się,że jedno płuco absolutnie nie oddycha i jest utopione w ropie czego nasza pediatra nie wybadała a wystarczyło porządnie osłuchać…6 tygodni w szpitalu,3 operacje,drenaże,niezliczona ilość prześwietleń i tomografii,intensywna terapia,krok od sepsy.Na szczęście i dziecko i płuco uratowane.Niedługo minie 3 lata a w nas to nadal jest żywe szczególnie jak patrzymy na ogromne blizny.

  14. Moja córcia miała mononukleozę jako maluszek. zachorowała w dzień po swoich pierwszych urodzinach. Na szczęście trafiła pod opiekę doskonałych lekarzy. Bardzo szybko zrobiono testy z krwi, dodatkowo także jakiś test przesiewowy i postawiono diagnozę. Sam pobyt w szpitalu trwał krótko, ale powrót do formy już nieco dłużej… Chociaż nie było tak źle jak piszesz. Moja córka po około miesiącu była już żywym sreberkiem, a wątroba i śledziona potrzebowały jeszcze kilku tygodni, żeby wrócić do normy. Dziś ma 12 lat i śladów po przebytej chorobie nie ma… oby dzieci jak najczęściej trafiały pod opiekę takich lekarzy jakim nam było dane spotkać. Pozdrawiam cieplutko.

  15. Tydzień temu wyszłyśmy z córeczką ze szpitala po 6-dniowej nie ustającej gorączce dochodzącej ponad 39 stopni, którą zbijałam już pyralgina w drugim dniu przed snem a zapisany antybiotyk zupełnie nie skutkował po trzech dniach zgłosiłam się do szpitala tam zbijali gorączkę i podali silniejszy antybiotyk ale ten wirus kieruje się własnymi prawami.usłyszałam również wyrok Mononukleoza ale na szczęście po szeregu wykonanych badań wyniki tego nie potwierdziły choć guzy na węzłach wskazywały na ten właśnie wirus być może było już po ale dlaczego taka gorączka i tak długo trwająca?!Wciąż nie znam odpowiedzi Moja córka ma całkowity brak odporności cały czas drżę bo to mogła być Sepsa tak jak w przypadku tego biednego dziecka. Reakcja przy gorączce tak małych dzieci musi być natychmiastowa ale wiem jak trudno dziś o dobrych pediatrów zwykle są zapracowani a inni to nie wiem czy są z przypadku czy tez nie chce im się wysilić? Wiem,że sama muszę działać i szukać pomocy w czasie choroby bo na lekarza rodzinnego nigdy nie mogłam liczyć z trafioną diagnozą.Pozdrawiam Julka

  16. zanim doczytałam to oczywiście łzy w oczach jak grochy. No cóż każdy kto tutaj trafił zwykle ma jakąś swoją wzruszającą historię, którą mógłby się podzielić. Teraz głośno o 2.5 latce której nie udzielono właściwej pomocy. I gdy słucham o tym to przed oczami stają wspomnienia, kiedy to moja, wtedy 3 letnia, córeczka miała po raz pierwszy atak drgawek, a właściwie doszło do zatrzymania oddechu i serduszko przestało bić. Gdyby przy mnie nie było męża, który racjonalnie myślał to nie wiem co by się stało, ale pogotowie na pewno by nie zdążyło. Ja wpadłam w panikę dopiero gdy nie byłam w stanie otworzyć buzi dziecka, żeby zrobić sztuczne oddychanie, bo dostała ściskoszczęku tak silnego, że poraniła mi ząbkami całe palce. Dopiero mój mąż kazał mi ją położyć na ziemi, robić sztuczne oddychanie przez nosek, bo buzi otworzyć się nie dało, a sam robił masaż serca. Scena jak z horroru, a przy tym drugie dziecko (5 lat), które w trakcie tej całej paniki kazałam wyprowadzić do drugiego pokoju, żeby nie była nie daj Boże świadkiem tragedii. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a córka obecnie ma 18 lat :)

    zapraszam do siebie, mniej emocjonalnie ale ciekawie :)
    http://hamana.blog.pl/

  17. SZACUN!!! Byłaś bardzo dzielna:)
    mój narzeczony ma bardzo dziwne objawy i nie wiem co mu dolega…
    Otóż raz na jakis czas (najczęściej gdy jest w domu ) dostaje dziwnego ataku… Tłumaczy to w ten sposób,że przez chwile nie czuje lewej strony ciała i w tym samym czasie napływają łzy do oczu i zbiera się kwaśna ślina w buzi.
    Bardzo mnie to martwi,bo nie wiem czym to jest spowodowane i czym to może grozić. Może Wy mi pomożecie??

  18. Dodam,że te objawy się nasilają od jakiegoś tyg i mój narzeczony jest dośc mocno chudy. Przy wzroście 176 wazy 65kg.

  19. Miałam bardzo podobną historię.. 2 miesiące temu to przeszłam, tez bylo nakłucie i do tego lekarze ktorzy ciagne probowali mi wmowic ze wymyslilam sobie chorobe.. ehh pobyt w szpitalu byl na prawde straszny.. dobrze ze mononukleoze przechodzi sie tylko raz ;) Pozdrawiam.

  20. Mononukleoza jest okropnym wirusem. Sama na nią choruje. Od kwietnia a nawet chyba od marca miałam lekkie objawy m.in. Bóle głowy, czeste zmęczenie, spadki cukru ( powodu sama nie znam) ucisk w klatce piersiowej. W święta wielkanocne 2014r. dostałam wysypki. Towarzyszyło mi złe samopoczucie. Pojawiła się temp. Pojechałam na pogotowie, przyjął mnie młody doktor. Stwierdził, że jest mnóstwo wysypek i może być to jakaś alergia. Przepisał mi lek przeciwalergiczny, nic nie pomógł. Wieczorem coraz gorzej się czułam i miałam bardzo niski poziom cukru ( wynosił 33 bardzo niski ). Trafił na młodą doktorkę razem z doktorem młodym była. Zbadała mnie miałam bardzo wysokie tętno. Stwierdziła u mnie ospę ( drugi raz w życiu) zapisała mi Heviran. Póżniej poszłam na kroplówkę z glukozy. Inaczej docukrzali mnie sztucznie. Pojechałam do domu. Były dni że się lepiej czułam a raz gorzej. Po ustępieniu ospy udałam się do lekarza rodzinnego, gdyż spadki cukru nadal były. Dostałam skierowanie na oddział pediatryczny gdyż mam 17 lat. Leżałam 4 dni. Białam tyle badań robionych że moje żyły pękały przy każdym pobieraniu krwi. Miałam robioną krzywę cukrowa, usg jamy brzusznej, EEG, EKG, kortyzol i wiele wiele innych badań laboratoryjnych z krwi. Po 4 dniach wypuścili mnie ze szpitala bez żadnej diagnostyki doktorka stwierdziła, że niektóre wyniki są podwyższone ale dopuszczalne co mnie bardzo zdziwiło. Po przyjściu do domu było co raz gorzej. Zaczęły puchnąć mi powieki węzły chłonne były powiększone wszędzie. Ujawnił się po kilku dniach niesamowity ból brzucha. Przestałam jeść na widok jedzenia już byłam pełna. Któregoś dnia poszłam z koleżanką na spacer. Skończyło się to tragicznie. Wieczorem prawie się dusiłam temp. Dochodziła do 39C*. Rodzice zawieźli mnie na pogotowie. Lekarz dyżurujący był ginekologiem. Wiedziałam że mi nie pomoże ale poszłam. Zbadała mnie. Stwierdziła że objawy wyglądają na mononukleozę, wiedziała mniej wiecej bo sama ją przechodziła. Skierowała mnie znowu na ten sam oddział. Cóż godzina 23 a ja musiała iść. Pamiętam tylko z tego że lekarz którym miał dyżur nocny ( starszy Pan) stwierdził że to napewno 100% nie jest mononukleoza powiedział że normalnie wyglądam ( chociaz wyglądałam jak trup ale dla niego nie) Moj tata zaczął się wykłócać. Przyjął mnie z wielką łaską, pobrali mi krew. Położyłam się w sali a rodzice pojechali mi po rzeczy. Gdzieś o 3 w nocy pielęgniarki mnie obudziły. Wyniki morfologii wyszły dobre, sprawdziły ciśnienie były niby w normie. Dały mi kroplówkę nawet nie wiem na co ona była. Rano zrobili mi stertę następnych badań. Lekarz który mnie prowadził popatrzyl na mnie i z objawów wywnioskował mononukleozę. Zrobili mi próbę wątrobową była powiększona ale dopuszczalna ( niby) Zrobili następne USG śledziona była powiększona co miałam nawet napisane we wcześniejszym wypisie ze szpitala. Leżałam następne 3 dni dostałam jeszcze 2 następne kroplówki co mnie stawiały na nogi ale niestety na chwile. Po 3 dniach wypuścił mnie z zaleceniami: Dieta lekkostrawna, Mało ruchu fizycznego, dużo odpoczynku, oszczędny tryb życia, mało stresu, i kontrolne USG jamy brzusznej. Do tej pory nadal mam objawy doszło jeszcze straszne ból gardła z białym nalotem. Leki żadne nie pomagadały, jadłam cukierki ostro miętowe wieć mi trochę łagodziło. Przez ostatnie dni miałam dużo stresu co żle na mnie działa. Wszystkie objawy wracają lekko puchną powieki, brzuch nadal boli, mimo że schudłam 6 kg to teraz nadrabiam, strasznie mięśnie i kości bolą. Cieszę się że wiem co mi wreście jest przez 2-3 miesiące się męczyła. Teraz mamy czerwiec wiec będą wakacje to sobię odpoczne. Co nie zmienia faktu że przez kilka dni miałam trochę stresu i wszystko wraca. Niestety przez baaaardzo długi czas będzie jeszcze tzw. „zespół zmęczenia”. Nikomu tej chory nie życzę.

  21. Witam,
    Trafiłam na ten post szukając informacji o tej chorobie. U mnie zaczęło się 7 miesięcy temu i jeszcze się ciągnie. Mino, że wyniki badań mam już dobre, nadal czuję się fatalnie: ogromne osłabienie, drżenie mięśni, dziwne bóle w rękach i nogach itp. Od miesięcy nie mogę normalnie funkcjonować. Będę bardzo wdzięczna, jeśli powiecie mi (autorka postu szczególnie) ile czasu upłynęło zanim doszła do siebie i minęło to potworne osłabienie, bóle itp. Ile czasu minęło zanim mogłaś funkcjonować jak dawniej i czuć się dobrze? Bardzo proszę, napisz odpowiedź, a dodasz mi być może otuchy. Czy to potworne samopoczucie kiedyś się kończy? :(

    • Basiu na chwilę obecną nie pamiętam ale u mnie to trwało kilka miesiecy. Zachorowałam w maju, a we wrzesniu juz wrociłam do szkoły. CO prawda dieta watrobowa i wypadajace włosy towarzyszyły mi dłuzej ale siły i energia wróciły po kilku miesiacach. zycze Ci szybkiego powrotu do zdrwia

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.