kultura

Taki mam charakter i tak jestem wychowana, że znam i przestrzegam podstawowych zasad kultury i szacunku w relacjach z  drugim człowiekiem. Jak ktoś do mnie mówi, to na tą osobą patrzę, słucham i nie przerywam. Jak się z kimś umawiam to się nie spóźniam. Jeśli nie mogę gdzieś być, to z uprzedzeniem informuję o przełożeniu lub odwołaniu spotkania.

Tak samo robię w pracy. Wiem, że przepisy mówią swoje o dostarczeniu L4 i informowaniu pracodawcy o ewentualnej chorobie czy nieobecności, (2 dni na wytłumaczenie nieobecności, a 7 na dostarczenie L4) Mimo to, ja zawsze staram się jak najszybciej (jeśli wiem z wyprzedzeniem) informować, że mnie nie będzie. Nie wyobrażam sobie być chorą i nie przyjść do pracy i dopiero na 2 dzień zadzwonić i powiedzieć co jest grane.

Zawsze jeśli czuję, że rozkłada mnie grypa, mówię w pracy, że wybieram się do lekarza i zaraz po wyjściu z gabinetu, dzwonię i mówię: jutro mnie nie będzie mam L4 do … Robię to, bo umiem się postawić na miejscu szefa, który ma czas by zorganizować dzień w placówce bez jednego pracownika i z myślą o koleżance, która pewnie chce wiedzieć szybciej niż za 5 ósma, że ma za mnie zastępstwo.

Robiłam tak do tej pory. Zawsze. Ostatnio też, nawet jak to nie była tygodniowa choroba, tylko jeden dzień w szpitalu: we wrześniu- badanie drożności jajowodów, i za każdym razem w X, XI i I gdy jechaliśmy na inseminację. Informowałam wtedy pracodawcę z wyprzedzeniem, że mnie nie będzie w okolicy tego a tego dnia, a potem gdy już znałam dokładną datę, szłam informację o nieobecności uzupełnić.

Dziś również byłam uprzedzić, że najprawdopodobniej w drugim tygodniu marca nie będzie mnie 1-3 dni w pracy z powodu pobytu w szpitalu, i gdy będę znać już dokładny dzień zabiegu (histeroskopia) i przyjęcia na oddział, przyjdę i dam znać. I wiecie co?? Chyba więcej tak nie zrobię. To był niestety nie pierwszy raz kiedy, żałowałam takiego uprzedzania o planowanej nieobecności w pracy. Ale tym razem na pewno ostatni. Kurdę no. Człowiek chce być fair…..a tu….. Ale cóż. Życie uczy. Ja się w końcu też nauczę. Od teraz zacznę skrupulatnie przestrzegać przepisów kodeksu prawa pracy i zamiast uprzedzać, poinformuję po fakcie.

zarazki

Dobry humor już powrócił na swoje miejsce. Leki działają i torbiel się wchłania. Ból jajnika minął. W weekend miały być łyżwy i termy. Tymczasem było siedzenie pod kocem i leczenie uciążliwego kataru i bólu gardła. Żabole moje mnie zaraziły chyba. W tamtym tygodniu z 26 osobowej grupy chodziło 8 dzieci. Jakieś zarazki opanowują okolicę. A ja nie mogę się teraz rozłożyć bo w przedszkolu mam sporo pracy, no i muszę trzymać formę przed zabiegiem w marcu.

Zimo znikaj.

mutant

Jest po północy. Przed chwilą wróciliśmy z Poznania od lekarza. Maż poszedł spać, bo wstaje o 5 do pracy, a ja siedzę z herbatą i próbuje zebrać myśli. Jestem wściekła i załamana jednocześnie. Wizyta potwierdziła moje obawy i przeczucia.

Od około 3 dni boli mnie jajnik. Ból nie jest jakiś wybitnie okropny ale jednostajny i uciążliwy. Nasilający się przy siadaniu, kichaniu, podnoszeniu, zginaniu brzucha, robieniu `siku`. To tak bardzo znajomy ból. Umiałam go powiązać tylko z jednym- torbielą. Ale myślałam sobie: skąd torbiel? Przecież torbiele robiły mi się rok temu, gdy jeszcze w Jarocinie przez dr Z. miałam stymulowane cykle lekami na wzrost pęcherzyków. Już dawno tych leków nie brałam, a ten cykl był przecież całkowicie naturalny, jak pisałam wcześniej: „bez dopingu”.

Ale moje przeczucie było słuszne. Podczas badania dr wyczuł znaczne powiększenie prawego jajnika, a usg już pokazało dokładnie 5 cm torbiel. W tym cyklu nie było IUI, więc nie dostałam zastrzyku na pękniecie pęcherzyka. Pęcherzyk postanowił, że dla odmiany się zmutuje i stanie się torbielą. Zastanawia mnie to, bo dawniej w moich naturalnych cyklach „bez dopingów” pęcherzyk się zapadał, a teraz znacznie przerósł.

Cokolwiek to znaczy, wniosek jest jeden: pęcherzyk zapadnięty czy pęcherzyk-mutant-torbiel nie uwalnia komórki jajowej, co potwierdza fakt, że bez leków kontrolujących moją owulację, szans na ciąże nie mam. Kolejny cykl spisany na straty.

Jestem wściekła, smutna i zawiedziona. Ale co ja mogę zrobić?? Mój organizm ma owulację tylko przy zastrzykach na pękniecie. Inaczej czeka mnie zapadanie lub torbiel. Osobiście wolę zapadanie, przynajmniej to mnie nie boli.

Dr J. zrobił dziś cytologię, zapisał leki na wchłonięcie torbieli i analizował wszystko co do tej pory robiliśmy. Sprawdzał, czytał, porównywał i pytał. Stanęło na skierowaniu do szpitala na zabieg histeroskopii, w następnym cyklu czyli w marcu. A na lipiec jestem zapisana na laparoskopię…

Szczerze mówiąc mam wrażenie że stoimy w miejscu. Nawet nie mam sił i nie mam czym płakać. Pierwszy raz, od ponad 2 lat czuję się w tym wszystkim zupełnie sama. Całą drogę powrotną nie rozmawialiśmy. Pierwszy raz nie usłyszałam: nie martw się kochanie, nie smuć się, jakoś będzie, zobaczysz, że kiedyś nam się uda.. Zastanawiam się czy mąż już się przyzwyczaił, że wracamy z Poznania w złych humorach? Czy już mu się skończył zapas cierpliwości, humoru, czułości i empatii? Czy może już przywykł do widoku smutnej żony?

Może jest mu łatwiej utrzymać dobry nastrój, znosić to wszystko i pukać w rytm muzyki ręką w kierownicę. Wie, że to nie jego organizm znów wszystko spierdolił. Nie wraca do domu w dziwnym stanie zawieszenia miedzy bezradnością a furią. Może to dlatego, że reakcją dr J. na jego wyniki jest pełen zachwytu uśmiech, a nie smutne i zawiedzione kręcenie głową jak nad moimi…

w drogę

Dziś o bardzo „przyzwoitej” porze, mianowicie o 21:30 mamy wizytę u dr J., więc jak mąż wróci z pracy i pochłonie obiad, śmigamy do Poznania. Warunki pogodowe i drogowe zostawię bez komentarza, dlatego pojedziemy dużo wcześniej. Może uda nam się skoczyć do kina lub na zakupy przed lekarzem? Jestem bardzo ciekawa co dziś na tej dokładnej, wnikliwej i długiej wizycie dr J. nam powie i jakie ma pomysły co z nami dalej. Najbardziej obawiam się pomysłu z laparoskopią. Nie uśmiecha mi się kolejny w życiu zabieg, blizna na brzuchu, choćby najmniejsza, pobyt w szpitalu i L4 w pracy... Ale jak będzie trzeba? No cóż. Dziś się wszystkiego dowiem.

modlitwa

Człowiek z natury jest raczej egoistycznym stworzeniem i np o Bogu przypomina sobie wtedy, gdy czegoś potrzebuje. I niestety ze mną też troszkę po części tak było. Choć od zawsze wierzę w Boga, modlę się i chodzę do kościoła, to intensywność, świadomość i żarliwość moich modlitw mocno wzrosła od kiedy staramy się o dziecko. Czasami jest tak, że słowa więzną mi w gardle albo zbiera mi się na płacz i nie umiem nic powiedzieć i o nic poprosić. Z pomocą przyszła mi piosenka. Piosenka-modlitwa. Mam wrażenie, że napisana jest właśnie dla mnie i osób, które chcą się modlić a nie potrafią ubrać emocji w słowa. „Kto śpiewa, dwa razy się modli.” Św. Augustyn

 

„Wiem, że jesteś sam. Wiem, że masz na głowie tyle ważnych spraw.

Nie pamiętasz już co znaczy dobry sen. Nie masz czasu na niepewność ani lęk.

Wiem, że jesteś sam. Nic nie musisz mówić, wiem, że jesteś sam.

Pewnie teraz nie najlepszy na to czas. Ale dzisiaj potrzebuję Twoich rad.

Dzisiaj proszę Cię. Ten jeden raz zatrzymaj się. Ten jeden raz stań tuż obok mnie.

Ten jeden raz bądź blisko mnie. Poczuć mi daj, że to wszystko ma sens.

Dziś wiem, że brak mi sił…

Wiem, że jesteś tam. Nie widuję Cię, lecz wiem, że jesteś tam.

Cały dzień i noc ktoś puka do Twych drzwi. Każdy chciałby wiedzieć, jak ma dalej żyć.

Wiem, że jesteś tam. Dla każdego zawsze musisz znaleźć czas.

I choć nigdy o nic nie prosiłam Cię. Dzisiaj proszę, bez kolejki przyjmij mnie.

Dzisiaj proszę Cię . Ten jeden raz zatrzymaj się. Ten jeden raz stań tuż obok mnie.

Ten jeden raz bądź blisko mnie. Poczuć mi daj, że to wszystko ma sens.

Dziś wiem, że brak mi sił…….”

A. Wyszkoni

ja versus czas

Czas zasuwa jak TGV. A ja się starzeję. Zauważam to ostatnio coraz częściej. Zaczęło się od tego, że od jakiegoś czasu dzieci z okolicy mówią mi dzień dobry, a ludzie którym to ja jako dziecko mówiłam dzień dobry, teraz mówią mi cześć.

Do tego dochodzi fakt, że zabawki, bajki i gry, które były aktualne za moich czasów, teraz dla dzieci są nie do przyjęcia. Nie mają pojęcia kto to był Kulfon i Żaba Monika, a ja za to nie wiem kim jest Ciekawski George, Świnka Pepa czy Ninjago.

W pracy z kolei, dostaję pod swe skrzydła młode praktykantki, studentki pedagogiki. Obserwuję, jak stawiają pierwsze kroki jako przyszłe nauczycielki. A przyrzekam, że nie dalej jak wczoraj, to ja biegałam załatwiać sobie praktykę studencką w kaliskich podstawówkach i bałam się ogromnie prowadzenia pierwszych lekcji.

Ale już szczytem wszystkiego było odkrycie, że moja skóra pod oczami nie jest już idealnie gładka, (koniec z uśmiechaniem i opalaniem!) a miesiąc temu znalazłam na głowie pierwszego i na szczęście jedynego (na razie) siwego włosa.

No to był już szczyt!



WaLę TyNkI

No i są. Znowu. Jak co roku czerwone i całuśne. Walentynki. Nie należę do osób bojkotujących to święto, ale nie jestem też jego zagorzałym zwolennikiem.

Miłość wyrażam codziennie. Słowem i czynem. Sms-em na dzień dobry, całusem, tuleniem, zainteresowaniem, śmiechem, troską, kanapkami do pracy. Wiem, że wg wszelkich babskich poradników robię to za często (bo się facet za pewnie poczuje i już nie będzie za myszą gonił skoro ją ma) ale tak już mam i nie umiem się powstrzymać. Na szczęście mój mąż raczej tego nie wykorzystuje przeciwko mnie i czasami umie się odwdzięczyć ;p Zresztą chyba mu się jeszcze nie znudziło i zdążył się przyzwyczaić, że mieszka z uczuciowym rzepem.

Uważam, że każdy zakochany człowiek żyjący w szczęśliwym związku nie potrzebuje wytyczonego dnia w kalendarzu i wszechobecnego kiczu by przypomnieć sobie, że kogoś kocha i by sprawić tej osobie jakąś małą niespodziankę.

Ale z drugiej strony taki dzień jak dziś, to niezła motywacja do zadbania o miłość i związek. Wcale nie mam na myśli pierścionków z brylantami, stolika w ekskluzywnej restauracji czy koszów z setką czerwonych róż. Wystarczą chęci i czas spędzony razem: przygotowanie pysznej kolacji, stworzenie miłego nastroju z „naszą” muzyką i świecami, jakiś film, rozmowy, wspólna kąpiel… Tak niewiele a tak wiele :)

Życzę Wam wszystkim wiele miłości, czułości i lojalności. Byście zawsze potrafili docenić swoją drugą połówkę, szanowali jej potrzeby, czerpali radość z kolejnych dni razem i dbali o związek, codziennie!

heart

etapy

W ponad dwu letnim staraniu się o dziecko zauważyłam, że przechodzę wiele etapów związanych z tą sytuacja. Na początku była silna determinacja, chęci i wiele sił do walki. Wtedy pojawiający się okres nie sprawiał bólu psychicznego i rozczarowania nie były aż tak mocno odczuwalne i opłakiwane. Nadzieja nie gasła a chęci do walki odradzały się momentalnie.

Był też moment zaprzeczania, że to wszystko się w ogóle dzieje. Nie wierzyłam, że to spotkało akurat nas. Nie mogłam pogodzić się z tym, że znów się nie udało. Nie potrafiłam się na niczym skupić. Nic mi nie wychodziło. Ciągle o tym myślałam.

Przyszedł też czas na złość. Złość na siebie, na innych, na los. Poczucie krzywdy i głębokiej niesprawiedliwości nie opuszczało mnie ani na moment. Chodziłam wściekła jak osa. Wszystko mnie denerwowało i doprowadzało do szaleństwa. Każdą porażkę i kłopoty zrzucałam na barki niepłodności.

Najgorszymi chwilami do przetrwania są jednak te smutne, okraszone łzami. W te dni nic mi się nie chce, nic mnie nie cieszy a nadziei na horyzoncie nie widać. Wtedy myślę, że brak dziecka to koniec świata i nigdy nie będę naprawdę szczęśliwa. Smutek zżera moją radość życia, zabija wiarę i odbiera jakiekolwiek chęci działania.

Jeszcze wiele czasu musi minąć do momentu gdy powiem sobie, ok trudno, próbowaliśmy. Jeszcze daleko do akceptacji i pogodzenia się z faktem, że być może nie będziemy mieć biologicznych dzieci, bo póki co walczymy. Pogodzę się z tym, gdy będę wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko co mogliśmy. Jeszcze nie złożyłam broni, nie powiedziałam ostatniego słowa.

I choć czasem etapy smutku, nadziei, złości i walki codziennie się przeplatają i zaskakują mnie samą, to finalnie wiem, że jeszcze jest nadzieja, jeszcze jest szansa.

zbiegi okoliczności

Na 3 IUI poznałam kobietę. Ciepły głos, miła aparycja, sympatyczny uśmiech, nić porozumienia w spojrzeniu. Zamieniłyśmy kilka słów i już ją lubiłam. Miła osoba. Jednak tak się jakoś zadziało, że nie zdążyłyśmy się sobie przedstawić i zaraz byłyśmy wzywane na IUI a potem już wiadomo. Przepadło.

Ale ostatnio zdałam sobie sprawę, że na wizycie kontrolnej u okulisty nie byłam ponad 3 lata, a moje szkła w okularach są już dość solidnie porysowane. Umówiłam się więc do salonu VE na badanie i zmianę okularów. Los chciał, że tam, w tym dużym świecie, znów się z nią spotkałam. Tak przypadkiem, całkiem niespodziewanie. Bardzo się cieszę, że zdarzył nam się taki zbieg okoliczności. Tym razem nie zapomniałyśmy się sobie przedstawić, utrzymujemy kontakt i bardzo się cieszę, że mam koleżankę, która jedzie na tym samym wózku co ja :)

Kolejnym dziwnym przypadkiem był mój niedawny sen. Śniły mi się robale. Takie okropności czerwone co chodzą na cmentarzu. Nienawidzę robactwa pod każdą postacią. Te ze snu chodziły mi po głowie i rękach. Obudziłam się z wrzaskiem, uczuciem obrzydzenia i machającymi we włosach rękami. Tego dnia później byliśmy w MM, gdzie często kupuję tanie, przecenione książki. W ręce moje męża wpadł sennik. I choć nigdy tego nie robię, powiedziałam „sprawdź czy są robale”. Sprawdził i były. Według S. Freuda, austriackiego wybitnego neurologa i psychiatry, jeśli we śnie obłażą cię robale, jest to zapowiedź nowego życia, szczęścia i ciąży. Pierwszy raz w życiu, cieszyłam się, że oblazły mnie robale. Oczywiście z przymrużeniem oka.

I jak tu nie wierzyć w zbiegi okoliczności??

bez dopingu

Po 3 IUI zakończonych klęską pan dr J. kazał przyjechać na porządną, umówioną wizytę, a nie jak to wyglądało ostatnimi czasy, na wskoczenie do gabinetu na usg między pacjentkami. Najbliższy termin jaki mi zaproponowała przemiła pani z recepcji to 20.02 czyli już w drugiej fazie cyklu, już po mojej owulacji. Zadzwoniłam do dr J. zapytać czy to nie będzie za późno. Powiedział, że nie, bo w tym miesiącu inseminacji nie robimy. Musi się z nami spotkać, jeszcze raz przeanalizować naszą historię, zobaczyć jakie badania powtórzyć i co jeszcze można zrobić przed kolejnymi próbami IUI. Wspomniał coś o laparoskopii.

Tak więc w tym cyklu działamy sami, bez dopingu i wspomagaczy. Przynajmniej do wizyty, potem się dowiemy co dalej.