długi wpis o przyjaźni

Przyjaciele to rodzina, którą wybierasz sobie samemu. Dlatego ja wybrałam tych najlepszych na świecie. A raczej te najlepsze. Zawsze uważałam, że miałam szczęście, bo wokół mnie pełno jest cudownych ludzi. Nigdy nie miałam problemu żeby znaleźć sobie przyjaciółki. I to nie byle jakie, pierwsze lepsze. Tylko najwspanialsze w życiu! I choć można powiedzieć, że ważniejsza jest jakość a nie ilość, to mi się poszczęściło również w ilości. Przyjaźń jest dla mnie bardzo ważna. Tak jak małżeństwo i rodzina. Nie wyobrażam sobie funkcjonować bez żadnej z moich przyjaciółek. Jakie one są? Różne. Każda jest inna. I każda wyjątkowa. Wśród nich znajdziecie nauczycielkę, matkę, żonę, wieczną studentkę, młodą artystkę, bankierkę.. I tak jak różne są te kobiety, tak samo różnią się te przyjaźnie.

Jedna przyjaźń, ta z Olą jest spokojna, cierpliwa i taka jakaś dojrzała. Trwa od gimnazjum, i choć miała parę lat przerwy, to teraz po latach w ogóle tego nie czujemy. Mimo, że nie widujemy się często, to wiem, że na zawsze będziemy sobie bliskie. Razem przeżywałyśmy pierwsze dyskoteki, tzw „chodzenie z chłopakiem”, okres dojrzewania. Wyswatałam ją z moim najlepszym kolegą z dzieciństwa. Złapałam welon na ich weselu. Teraz są rodzicami rocznego cudnego chłopca. Wiem, że zawsze mogę do niej przyjść, pogadać. Czuję się dobrze w jej domu. Zawsze swobodnie nam się rozmawia. Nigdy nie odmówiła mi pomocy a i ja zrobiłabym wszystko by była szczęśliwa.

Druga przyjaźń to przyjaźń z Martą. Od liceum. To ona pisała do mnie całe elaboraty na kartach A4 gdy leżałam miesiąc w izolatce na mononukleozę. To z nią wpadałam w ataki histerycznego śmiechu na polskim i historii. To jej płakałam w ramię gdy licealna miłość zdeptała mi serce. To z nią przedzierałam się przez tomy Harrego Pottera. To z nią chodziłam na wagary. To z nią stawiałam pierwsze kroki na uczelni. To z nią uczyłam się palić papierosy w akademiku. To przez nią najwięcej się wściekam, a czasem i zawodzę. Ale znamy się jak łyse konie. Wiem jaka ona jest nawet gdy czasem ona nie chce bym to wiedziała. Ma swoje tematy tabu, pewne poglądy i inne dziwności ale taka już jest, a ja nauczyłam się to akceptować. I choć ta przyjaźń jest specyficzna i uczy mnie cierpliwości, wiem, że jest wyjątkowa. Choć czasem bardzo brakuje mi tych starych czasów, gdy był czas.

Kolejna przyjaźń z Werą i Anetą choć pochodzi z czasów LO, narodziła się w pełni 2 lata temu. To przyjaźń zbiorowa. Idealna mieszanka 3 różnych charakterów. Przyjaźń 3 koleżanek ze szkoły, które zaczęły potrzebować się dopiero w dorosłym życiu. Nasza 3 widuje się średnio raz na miesiąc i pożera tysiące kalorii w jarocińskich kawiarniach. Typowe babskie pogaduchy. O starych czasach, rodzinie, związkach, pracy, książkach, problemach, zakupach, życiu, filmach, marzeniach, finansach. Uczyłyśmy się siebie stopniowo. Teraz jesteśmy sobie bardzo bliskie i potrzebujemy tych spotkań, bo lubimy te nasze plotki o niczym ale i szczere zwierzenia.

Następna przyjaźń z Kasią i Kingą narodziła się na studiach. Kiedyś na mgr tworzyłyśmy lemonowy tercet egzotyczny, który był zmorą każdego wykładowcy (jeśli już raczyłyśmy wstać na wykład). To z nimi kosztowałam życia studenckiego w weekendy. To z nimi dzieliłam troski i stres związany z pisaniem pracy mgr i obroną. To z nimi mogłam być i być i być, bo ciągle było mi mało. To z nimi czułam się jak część pewnej całości. To z nimi pierwszy raz w życiu ( i ostatni) odpłynęłam po alko. To z nimi było tak wesoło, że leciały łzy i prawie puszczały zwieracze. To z nimi mogłam gadać do rana i wciąż było mało. To z nimi mogłam zawsze być sobą. To z nimi przeżyłam odkuwanie z lodu samochodów i brodzenie w metrowym śniegu po kaliskich ulicach. To z nimi rozmawiałam o pierwszych porażkach w staraniach o dziecko. To z nimi nadawałam na falach, których nie rozumiał nikt inny. To one wniosły coś tak wyjątkowego do mojego życia, że nigdy tego nie zapomnę.

Jedna z tego tercetu to Kasia. To ona wyprowadzała ze mną psa na spacery nawet zimą i nawet gdy była w ciąży. To ona najlepiej w świecie głaszcze mnie po włosach. To z nią przeprowadziłam pierwszą w życiu lekcję w szkole. To z nią uczyłam się do egzaminów. To ona zjadała ze mną tony malinek z cukru. To ona dzieliła się swoim obiadem. To z nią najlepiej się wysypiałam po męczącym dniu na uczelni. To z nią fajnie sprzątało się mieszkanie. Bo lubi porządek, jak ja. To przy niej czuję się sobą. To ona robiła mi herbatkę na problemy z żołądkiem. To ona zawsze miała czas jak jej potrzebowałam. To za nią tęsknie i czasem mam żal, że tęsknić muszę… bo skończyły się studia i przyszedł czas na życie.

Druga z tercetu to też Kinga. Nigdy bym się nie spodziewała, że to właśnie z nią kontakt po studiach będzie najbardziej intensywny. Dlaczego? Bo jeśli ktoś ma inne zdanie niż ja, to zawsze ona. Nie raz się ścinałyśmy w jakimś temacie. Nie raz mnie wkurzała swoim uporem i pewnością siebie. Ale nie wyobrażam sobie dnia bez kontaktu z nią. To ona potrafi wytknąć mi moje wady, powiedzieć swoje zdanie, choć nie zawsze ją pytam. To ona robiła dla mnie rzeczy, których tu nie napisze z szacunku dla siebie samej ;) U nas nie ma tabu. Nie ma limitu. Nasz kontakt jest wręcz jak uzależnienie. To ona zna mnie od podszewki. Wie o mnie wszystko. A ja o niej. Potrzebujemy się jak powietrza. Piszemy codziennie, odwiedzamy co miesiąc. Jesteśmy dla siebie jak żywe pamiętniki. Ona wie co ja gotuję na obiad, jak było w pracy, kiedy mam wizytę u lekarza. A ja wiem, że ona kupuje nowy piec do domu, bejbi inaczej się ułożyło i teraz boli gdy kopie, a teściowa zaprasza na kawę. Nasza przyjaźń jest prosta, szczera i bardzo mi potrzebna. Jestem pewna, że obie uschnęłybyśmy bez kontaktu ze sobą, bo jesteśmy jak siostry..

Na koniec zostawiłam Miśkę. Mieszkałyśmy ze sobą na studiach półtora roku. To był cudowny czas. Myślę, że choć obie kochamy sen, jedzenie, ciepło i książki, to poza tym jesteśmy zupełnie inne. Oglądamy inne filmy, inaczej się ubieramy, co innego nas interesuje, mamy inne marzenia i plany. Ale to z nią mieszkało mi się jak w raju. Była ciepła, zabawna, bezinteresowna. Cenię w niej nietuzinkowość, inteligencję i poczucie humoru. To dzięki niej czekała na mnie kąpiel gdy wracałam z migreną po ciężkim dniu na uczelni. To ona przynosiła ciepłe kakao gdy siedziałam po nocach nad pracą licencjacką. To przy niej płakałam gdy działo się źle. To z nią godzinami pękałam ze śmiechu oglądając Przyjaciół. To ona nauczyła mnie robić najlepszejsze naleśniki. To z nią ulepiłam bałwana i zamknęłam go w zamrażarce. To z nią siadywałam na balkonie i gadałam godzinami o wszystkim i niczym. To z nią nocami chodziłam do Mc Donalda. To z nią biegałam na aerobic by mc donalda spalić. To ona stała przy moim boku gdy brałam ślub. To ona podsuwa mi fajne książki do czytania.To ona robi mi miejsce pod kocem i daje malinki na poprawę humoru gdy znów nam się nie udało. To ona tak szczerze kwiczy z radości gdy dzwonię i mówię : JADĘ..

Ten post jest dla Was. Ku pamięci. Bo jesteście dla mnie ważne. Bo Was potrzebuję, szczególnie ostatnio.. I każdej z Was dziękuję, za wszystko :*

2 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.