małżeńskie awantury

ja: zrobisz mi herbatkę?

On: nie, bo nigdy nie wypijasz i potem wylewam

Ja: nieprawda, zawsze wypijam jak Ty mi zrobisz, no proszę zrób mi herbatkę

On: a nie możesz sobie sama zrobić?

Ja: nie kochanie, bo Ty robisz najlepszą na świecie

 

Ja: Maja powiedz mama

On: Maja powiedz tata

Ja: nie Maja, powiedz mama, mama!

On: Majusia powiedz ta-ta, ta-ta!

 

Ja: znowu rano musiałam odkurzać, bo wszędzie zostawiasz po sobie te czarne skarpetkowe fafkulce!

On: a ja posprzątałem po Twojej kolacji

 

Ja: po co oglądasz ciągle te samochody

On: tak sobie

Ja: przecież to głupota robić sobie ochotę. Ja nie chodzę po galeriach i nie ślinię się prze szybę do rzeczy, na które mnie nie stać

On: kiedyś sobie takie kupimy

Ja: yhm na pewno! zaraz po tym jak zrobimy podbitkę, otynkujemy dom, zrobimy podjazd do garażu i obudowę kominka

On: jaka z Ciebie jest pesymistka

 

Ja: oglądamy coś?

On: tak, już czegoś szukam

Ja, po 10 minutach: to co, oglądamy czy nie?

On: no szukam, przecież mówiłem

Ja: zaraz się Maja obudzi i nic nie obejrzymy!

On: no chwilę

Ja w trakcie oglądania: podoba ci się ten film? długi jest?

On: Tobie nie idzie dogodzić, następnym razem Ty wybierasz

 

Ja: kochanie śpisz, zróbmy pauzę i idziemy spać do sypialni

On: nie śpię, patrzę przecież

Ja: nieprawda, ja oglądam, a Ty prawie chrapiesz, zaraz będziesz cofać pół filmu i będę musiała oglądać drugi raz

On: weź się

Ja: Boże jaki Ty jesteś!

On: chyba TY

 

Tak wyglądają nasze „awantury”. Nie mówię, że zawsze tak było. Ale ostatnio tak właśnie wyglądają nasze kłótnie, o ile w ogóle można je tak nazwać. Cieszę się, że Maja ma kochających się rodziców i wspaniałą wesołą rodzinną atmosferę. Dom wolny od krzyków, pretensji, awantur, przemocy, zdrady, płaczącej mamy i pijanego taty.

skaza białkowa

Od jakiegoś czasu Maja ma czerwone policzki. Szorstkie plamki pojawiły się z dnia na dzień. Nie dostała nic nowego do jedzenia, nie zmieniłam też płynu i proszku do prania. Rozmawiałam o tym z mamą, poczytałam w Internecie i przyczyny mogły być 3:

- od pogody: zimno i wietrznie na dworze, ciepło i sucho w domu

- od ząbkowania i śliny, rozcierania jej rączkami na policzkach

- skaza białkowa

Ślinę wykluczyłam od początku, bo Maja ślini się już długo, więc gdyby o to chodziło, pewnie od dawna miałaby te plamy.

Wpływ czynników pogodowych to mogła być trafna diagnoza, bo policzki zarumieniły się właśnie niedawno, gdy zaczęliśmy ogrzewać dom a na dworze zrobiło się zimniej. Jednak zawsze smaruję Mai policzki kremem przed wyjściem na spacer, więc ma chronioną skórę.

Dziś policzki mocno się zaogniły dlatego pojechałyśmy do lekarza, bo nie dałoby mi to spokoju. Lekarz policzki obejrzał. Powiedział, że podejrzewa skazę białkową, ale na razie nie zalecił zmiany mleka czy obecnej diety Mai. Przepisał maść, taką robioną na receptę w aptece. Ma być gotowa dziś po południu. Jeśli po tygodniu leczenia tą maścią policzki się nie zagoją, mamy wrócić do lekarza i będziemy zmieniać mleko.

Nie ukrywam, trochę się zmartwiłam. Muszę o tej skazie poczytać, bo na razie nie wiem za wiele. Jeśli możecie, podzielcie się ze mną Waszym doświadczeniem ze skazą. Kiedy i jak się objawiła, jakie było leczenie, mleko, dieta i kiedy skaza minęła.. Dziękuję

szczęście

Jestem szczęśliwa. Nie jest to histeryczna euforia i skakanie do nieba jak wtedy gdy się wygra na loterii lub dostanie awans. Jestem szczęśliwa tak zwyczajnie i prosto. Tak, że budzę się rano i nie mam ściśniętego żołądka z nerwów. Nie mam na głowie większych problemów i trosk. Mogę usiąść i siedzieć i tak po prostu o nic się nie martwić. I to już dla mnie jest szczęście. Jeden z moich ulubionych Polskich poetów, Władysław Broniewski napisał:

„Rozmyślam coraz częściej,
od pewnego wieczoru,
że chyba moje szczęście
jest zielonego koloru.”

Moje szczęście nie ma koloru. Moje szczęście to wielki pęk balonów z helem, które unoszą mnie nad ziemią. I tylko wtedy mnie udźwigną, gdy wszystkie balony są równocześnie pełne od tego szczęścia. A w każdym jest coś innego. W jednym jest zdrowie. Wydawałoby się banalne i oklepane. Ale ja wiem, że niezwykle ważne i strasznie potrzebne. W kolejnym naprawdę udane małżeństwo. To, że już osiem lat trwamy przy sobie i ze sobą, a nie obok siebie. W innym balonie znajdziecie dziecko. Dla świata zwykłe, jak każde inne niemowlę. A dla mnie wyjątkowe i wspaniałe. Te pulchne paluszki, białe ząbki, ośliniona broda, oczy tak piękne, że aż nierealne i loków kilka. To moja Maja. Kocham ją tak, że tchu brakuje. W kolejnym balonie jest ciepły dom, w którym mogę być sobą i jestem kochana i bezpieczna.

Moje szczęście nie ma koloru. Moje szczęście to złota obrączka na palcu i 9,5 kg brzdąc na kolanach. Moje szczęście pachnie świeżą pościelą i ma smak herbaty z cytryną. Moje szczęście to ciepłe dłonie mojego męża i pomarszczony w uśmiechu nos mojej córki. Moje szczęście to chwile gdy stoimy przytuleni nad małym łóżeczkiem, zachwycając się kolejną senną pozycją Mai. Moje szczęście to spełniające się właśnie odwieczne marzenie o własnej rodzinie.

I oczywiście, że mam inne marzenia. Takie przyziemne i materialne, które spełniła by jedynka i kilka zer za nią, a na końcu „zł”. Ale gdy tylko te marzenia próbują ściągnąć mnie i moje balony z helem na ziemię, biję je mocno po łapach, a siebie karcę surowo.. by nie zapomnieć co jest w życiu najważniejsze.

Bo jak W. Myśliwski napisał:

„.. szczęścia trzeba szukać w sobie, a nie naokoło.
Że nikt go człowiekowi nie da, jak sam sobie go nie da. Że szczęście jest nieraz bliziutko, może w tej ubogiej izbie, gdzie się całe życie żyje, a ludzie Bóg wie gdzie go szukają.
Że niektórzy w sławie i bogactwie go szukają, ale na sławę i bogactwo nie każdego stać, a szczęście jest jak woda i każdemu chce się pić. Że nieraz jest go więcej w jednym dobrym słowie, niż w całym długim życiu.”

little friends

Nasze spotkania z innymi mamami i ich dziećmi stały się już normą. Dla mnie to bardzo ważne i staram się tego pilnować z wielu względów. Przede wszystkim chodzi o kontakt z ludźmi, zarówno mój z przyjaciółkami, jak i Mai z innymi dziećmi. To naprawdę bezcenne spędzić razem trochę czasu, wypić kawę, porozmawiać, pożalić się, wymienić się doświadczeniami i podziwiać dzieciaki razem. Dzisiaj kolejny wpis o małych towarzyszach naszej córeczki. Oto Maja w towarzystwie Poli, dwuletniego Gabrysia, 4 miesięcznego Oliwiera w dniu jego Chrztu Św i ciągle malutkiej, niespełna dwumiesięcznej Antosi.

DSC_3056 DSC_3415 DSC_3636

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DSC_3483 — kopia

 

 

 

 

 

 

 

 

Na przedostatnim zdjęciu nasz Bąbel jest z moim nowiutkim i świeżutkim, chrześniakiem Oliwierkiem (to już 3. raz gdy zostałam mamą chrzestną). Z Olim ostatni raz widzieliśmy się po jego narodzinach, w lipcu. Jak widać poszedł w ślady swojej cioci Mai i szybko nabrał masy :)

Maja śpi, a ja zrobiłam obiad, ogarnęłam dom i teraz mam chwilkę dla siebie. Za oknem ciemno zimno i szaro-buro. Słyszeliście, że idzie zima?? brrr..  Napiszcie co słychać u Was, pozdrawiam Was ciepło i serdecznie.

Aga

co mnie wkurza w mojej mamie

Ponoć spodobał się Wam mój wpis z 28 października, więc skorzystam, że mama prasuje moje ubrania i muszę Wam trochę na nią naskarżyć. Czy Wy myślicie, że ona jest taka super wspaniała?? Otóż nie!! Proszę bardzo, dziś lista rzeczy, które wkurzają mnie w mojej mamie:

- zabrania dotykać guziczków od TV, dvd i xboxa (ale ja i tak to robię, gdy mama nie widzi, ha!)

- wyciąga mnie z wanny w najfajniejszym momencie

- nie pozwala mi ściągać czapki na spacerze, a sama idzie z gołą głową

- gotuje mi łososia, szpinak i ryż, a ona wcina kotleta i frytki

- jest zła kiedy budzę się w środku nocy, a sama do 4 rano nie może zasnąć

- dziwi się, że nie lubię się przytulać, ale ja to mam po tatusiu ;)

- mówi, że nie mogę oglądać telewizji i bawić się jej telefonem a sama to robi !!

- narzeka, że się w nic nie mieści, a bez przerwy widzę jak podjada coś słodkiego

 - a już najbardziej w świecie mnie wkurza kiedy ja się staram własną śliną umyć podłogę w salonie, a ona po mnie poprawia mopem!!!!

my wish comes true

Miałam marzenie. Ważne, wyjątkowe i jedyne. Moje marzenie się spełniło. Właśnie słodko śpi w łóżeczku w swoim pokoju. Maja wypełnia nasz dom już prawie 10 miesięcy. Nie pamiętam, jak wyglądało moje życie bez niej. Czasami gdy na nią patrzę, sama nie wierzę we własne szczęście. To dzięki niej wiem, że marzenia się spełniają. To dzięki niej codziennie się uśmiecham. To dla niej teraz żyję.

Maja pokolorowała nasz świat :)

Ciągle jest tysiące kobiet, które walczą z niepłodnością. Co miesiąc przeżywają nadzieję, strach, rozczarowanie, żal i poczucie bezradności. Co miesiąc upadają wpadając w rozpacz, by po chwili znów się podnieść i walczyć.

Walczcie mimo wszystko.

Walczcie gdy już brak sił i nadziei.

Walczcie do końca.

Walczcie, bo warto. 

Walczcie, bo marzenia się spełniają!

DSC_3524DSC_3395 DSC_3246

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DSC_3015

 

 

 

 

DSC_3293 DSC_3317

daleko pada jabłko od jabłoni?

Ja jestem jabłoń. Ona wyczekane, ukochane jabłuszko.

Jabłoń od dziecka wrażliwa, uczuciowa, w dzieciństwie cień i kula u nogi swojej mamy, emocjonalny rzep. Uwielbiam się przytulać, trzymać za rękę, dostawać całusy, być blisko ludzi których kocham. W moim domu mówiło się kocham cię, przytulało się, całowało i nigdy nie brakowało okazywania emocji. Dlatego dla mnie normalne jest okazywać emocje swoim rodzicom, mężowi, również przyjaciółkom i oczywiście mojej małej córeczce.

Póki Maja była maleńka i nie miała siły i możliwości protestować była przeze mnie tulona, noszona i lulana. Od dnia porodu starałam się jak najwięcej okazywać jej uczucia. Całować, głaskać, przytulać, śpiewać i kołysać. Spała z nami w łóżku i całe noce drętwiałam i nie mogłam wygodnie spać, by Maja mogła zaciskać w rączkach moje kciuki bo tak lubiła. Karmiłam ją piersią jak długo się dało. Leżała mi na klatce piersiowej, zasypiała mi na rękach i Bóg mi świadkiem, że kochałam to jak nic wcześniej.

Od kiedy jest coraz sprawniejsza i silniejsza fizycznie i mobilna ruchowo Maja pokazuje mi, że nie przepada za przytulaniem. Noszenie owszem, ale tylko pionowe w celu rozglądania się, a nie bliskości. Gdy ją przytulam, Maja odpycha się rączkami. Gdy chce ją uściskać i wycałować, muszę to zrobić szybko, bo zaraz się denerwuje i wygina. Momenty wyciszenia, zabawy paluszkami, oglądanie książeczek, gdy siedzi mi na kolanach i opiera głowę na mojej klatce piersiowej są coraz rzadsze.

Wykształcenie, wiedza i mój zawód pozwalają mi być spokojną i nie podejrzewać autyzmu. Pod tym względem się nie martwię. Ale mimo wszystko jest mi smutno bo ja bardzo potrzebuję bliskości z Maja, a konkretnie wzajemności w jej okazywaniu. Z zazdrością patrzę gdy Pola czy Martynka same szukają bliskości swoich mam. Kładą główki na ich ramionach, rączkami obejmują szyję i tulą swoje mamy.

Maja mnie kocha, wiem to. Gdy wracam do domu rzuca zabawki i czołga się w moją stronę wołając mama i wyciągając rączki. Uśmiecha się na mój widok. Lubi się ze mną bawić. Potrafi do mnie „przyjść” i wyciągać rączki, ale zazwyczaj wtedy gdy jej się nudzi lub gdy czegoś chce. Natomiast momenty kiedy świadomie i dłużej się we mnie wtulała były może trzy. I to za każdym razem gdy strasznie mocno płakała. Raz z powodu uderzenia się, a dwa najprawdopodobniej przez zęby. Wtedy jej płacz jest taki inny, szlocha rozpaczliwie. Gdy ją biorę na ręce a ona kładzie mi głowę na ramionach i się przytula – jestem rozdarta. Z jednej strony wiem, że Maja cierpi i coś jej jest, a z drugiej cieszę się ze mogę choć chwilę nacieszyć się jej bliskością.

Wiem, od mamy, że moja starsza siostra również od niemowlaka nie potrzebowała i nie szukała tulenia i bliskości. Edith też mnie uspokaja, że Adaś jest raczej mało wylewny w okazywaniu uczuć.. ale mimo to gdzieś tam w środku mi tego brakuje. Bo to przecież moja córeczka, moje jabłuszko. Dlaczego nie lubi, nie chce i nie potrzebuje ramion bezpiecznej jabłoni? Czy to się zmieni??

złośnica

Maja ostatnio nie tylko zdobyła wiele nowych umiejętności, do których dołączył chwyt pęsetowy i przewracanie stron w książeczkach. Potrafi też coraz wyraźniej pokazać swoje cechy charakteru i emocje. Ostatnio szczególnie te naznaczone zniecierpliwieniem i złośliwością. Nasza córcia ogólnie jest wesołym, pogodnym i towarzyskim niemowlakiem, na widok której ludzie odwracają głowy i uśmiechają się ciepło.

Ale..

No właśnie ALE. Spróbuj tylko położyć tą cudną pięknooką dziewczynkę na plecach by zmienić pełną pieluchę. Spróbuj zabrać jej telefon lub portfel. Spróbuj umyć ręce, w których są jeszcze mikroskopijne, cenne resztki rozmoczonego biszkopta. Spróbuj ubrać jej kurteczkę na spacer. Spróbuj w zabawie rączki jej złapać i uczyć kosi-kosi lub brawo. Spróbuj za długo przytulać i całować. Spróbuj wyciągnąć ją z wanny i w ręcznik zawinąć. Spróbuj człowieku!!!! A gwarantuję, że na Twoich oczach z uśmiechniętego i słodkiego bobasa nasza córeczka zamieni się w plującego, wściekłego, wyginającego się w łuk stwora, który zaciska ze złości szczęki, nadyma do czerwoności policzki i macha na oślep rękami.

Tak kochani. Jestem świadoma, ze rośnie nam mała złośnica. Jak ona nie chce to koniec i kropka. Ostatnio gdy już nie chce jeść, skutecznie wyrzuca mi z ręki łyżeczkę z jedzeniem lub butlę (co wcześniej się nie zdarzało, bo zawsze zjadała wszystko do końca). Przebieranie pieluchy bywa naprawdę nerwowe. Szczególnie gdy muszę jej na chwilę zabrać chusteczki, które sobie wzięła.

Nie wspominając już o tym, że moje grożenie palcem i  NIE WOLNO mówione podniesionym i surowym tonem nie robi już na niej żadnego wrażenia. Z premedytacją patrzy na mnie i robi to czego jej nie pozwalam.

Coś czuję, że dzięki Mai, w przyszłości doświadczę rozmowy o zachowaniu dziecka w przedszkolu ale tym razem od tej drugiej strony :)

Ale wiecie co?? Nawet jeśli Maja będzie małą złośnicą, z zadziornym charakterkiem i rogami jak stąd na księżyc, to jest moją małą złośnicą. Która jak nikt cieszy się gdy wracam do domu, która tak słodko się w sobie kurczy i cichutko śmieje gdy robimy noski eskimoski, którą kocham nad życie !

Smerfy dwa i Kropka

Moja blogowa koleżanka rozpoczęła szycie pełną parą i tak oto ja i Maja, stałyśmy się posiadaczkami ślicznych (i nie różowych), identycznych czapek i kominów z KROPKI! Teraz humory jesiennej pogody nam nie straszne :)

IMG10646 IMG10655

 

 

 

 

 

 

  IMG10669 IMG10670

 

 

 

 

 

 

 

IMG10677  IMG10665IMG10666

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tymczasem Majusi chyba pojawią się lada moment kolejne zęby. Marudzi, popłakuje, mniej je, wszystko wkłada do buzi i gryzie. Spacery, domowa huśtawka i noszenie na rękach to sposoby na poprawę jej humoru.

halloween, Harry Potter i inne grzechy

Jak w tytule, dziś o śmiertelnie niebezpiecznym i deprawującym dzieci Harrym Potterze, Halloween i innych dziecięcych radościach, które utożsamiane są przez kościół i niektórych ludzi z czystym złem.

Jeszcze niedawno z kościelnej ambony rzucano gromy na autorkę JK Rowling zarzucając jej podważanie wiary w Boga, sianie zamętu w dziecięcych umysłach, namawianie do zła, przemocy i agresji, propagowanie wywyższania się i znęcania nad innymi.

Teraz ofiarą nagonki jest halloween. Nawet na FB niektórzy wstawiają artykuły o pogańskiej genezie tego święta, zarzucając ludziom, którzy je współcześnie obchodzą czczenie szatana!!

Ja jako osoba wierząca i praktykująca takiemu podejściu mówię stanowcze nie!!!! Do jasnej Anielki, pytam się co złego jest w serii książek o Harrym?? Magia? Czary? A może Zgredek czy Graupek?? A czy w baśniach jakie opowiadają nam od x lat babcie nie było czarownic, co w kotle warzyły eliksiry i na miotle latały?? Czy w Jasiu i Małgosi nie było właśnie takiej Baby Jagi?? Co Jasia chciała w piecu upiec i zjeść?? A latający Piotruś Pan to nie czary?? A Gargamel to co niby chciał ze Smerfów zrobić jak nie eliksir?? A macocha co jabłko Śnieżce czarami zatruła by ją zabić? A zaczarowane ziarna fasoli czy narodziny Calineczki?? Pinokio również za sprawą czarów przestał być drewnianą marionetką. A czy Shrek to nie jest czasem ogr przyjaźniący się z zaczarowanym gadającym osłem?? A duszka Kacperka też oskarżymy o szerzenie zła?? Idąc tym oskarżycielskim Harrego tropem, trzeba by było wszystkich bajek dzieciom zakazać.. niestety.

Zlitujcie się ludzie!! Trochę zdrowego rozsądku i wiary w ludzi i we własne dzieci!! Mało jest zła na świecie żeby się go w bajkach i książkach doszukiwać? A kościół nie widzi dobra w serii o Harrym Potterze? Promowanej tam postawie bezinteresownej przyjaźni, poświęcenia dla bliskich, akceptacji i tolerancji dla innych, walki dobra ze złem, wybaczania, siły jaką jest rodzina?? Serio?? Nikt? Chyba stracę wiarę, ale w ludzką umiejętność czytania ze zrozumieniem.

A co złego jest w tym, że te zapracowane i zmęczone pozaszkolnymi, dodatkowymi zajęciami dzieci, osaczone na co dzień elektroniką, gadżetami i mediami, w jedno jesienne popołudnie w kąt rzucą laptopa, komórkę, tableta i cały ten wirtualny świat?? I całkiem w realu spędzą czas z rodzicami/rodzeństwem/przyjaciółmi wygrzebując z szafy jakieś ubrania, robiąc kostium i makijaż?? Co złego jest w odwiedzaniu sąsiadów i zbieraniu słodyczy? Czy kościół i przeciwnicy halloween nie rozumieją, że jedyne co ucierpi po tym dniu to dziecięce zęby i brzuchy, a nie ich umysły, serca i wiara?? Bo dzieci nie wiedzą, że tysiąc lat temu w halloween jacyś druidzi chodzili od zamku do zamku prosząc o dziewice! Przecież nie dla czczenia szatana te małe dzieciaki zakładają strój ducha i idą do sąsiada po cukierki!

Bo dzieci są inne niż dorośli. Mają czyste serca myśli i intencje. Nie patrzą na bajkę, książkę czy halloween jak na coś grzesznego. Nie szukają w tym tego co złe, nie utożsamiają się z negatywnymi postaciami i nie przekładają tego na swoje życie i czyny. Jestem pewna, że żadne dziecko, gdyby nie ten wielki szum i nagonka na czary, nawet nie pomyślałoby by Harry czy halloweenowe przebranie za dynię powiązać z grzechem, brakiem wiary w Jezusa czy przeciwstawieniem się Bogu!! Nie wierzę, że dziecko przez niewinny i zabawny (bo tak traktują to dzieci) udział w halloween czy po lekturze Harrego powie: „Mamo, dziś nie mówię paciorka do Bozinki, tylko wstępuję do sekty, palę koty, rzucam zaklęcia Cruciatus i wywołuję duchy, a zamiast mleka poproszę krew.”

Kto naprawdę zna dzieci wie, że to tak nie działa. Na szczęście.

I nie zgadzam się z argumentem, że zamiast małpować z Amerykanów i się przebierać to lepiej wg Polskiej tradycji iść na cmentarz znicz zapalić, bo nikt nie chce halloweenem zastąpić Wszystkich Świętych. To są przecież zupełnie dwa różne dni, które powinno się spędzać/obchodzić (lub nie) całkiem inaczej, i to nie podlega dyskusji. (a tak na marginesie, czy wiecie, że Wszystkich Świętych i Zaduszki, a dawniej Dziady również ma pogańskie korzenie?) A na argument, że halloween zapożyczamy jak papugi z Ameryki, mam taki – kto z nas nie ma w Boże Narodzenie ubranej choinki?? A to również nie była Polska tradycja, tylko zapożyczona z Niemiec w XVIII wieku.

Ludziom, którzy angażują się z całych sił w nagonkę na te dziecięce, niewinne przyjemności jak czytanie bajek z magicznymi elementami, czy przebranie się raz w roku za czarownicę:

- po pierwsze przypominam, że całe pokolenia w tył również zna bajki i baśnie z czarownicami, duchami, magicznymi stworzeniami i również przebierało się i wróżyło i obchodziło pogańskie święto np w Andrzejki.

- po drugie polecam skupić się na naprawdę poważnych problemach jakie w dzisiejszych czasach dotykają dzieci: pedofilia, eurosieroctwo, uzależnienia od komputera, czy przemoc w szkole.

- a po trzecie i najważniejsze, jak nie lubicie i nie popieracie, to nikt was nie zmusza do obchodzenia halloween, macie do tego prawo!! Ale nie znaczy to, że macie prawo  kogoś kto czytał Harrego lub obchodzi halloween, osądzać że czci szatana, i nie wierzy w Boga, no bez przesady! Ja nikogo nie oceniam i nie przezywam od satanistycznych bezbożników i nie narzucam co ma robić w walentynki, andrzejki czy Wigilię itd

A jeśli moją wiarę, moralność i dobro ma oceniać nie fakt jakim jestem człowiekiem, żoną, przyjaciółką, córką i matką tylko to, że zrobiłam lampion z dyni (choćby nie wiem jak złe to miało tysiące lat temu przesłanie) to, że przebrałam swoją córeczkę za pirata i to, że dałam dzieciom ze wsi grześki, lizaki i cukierki; to tak, zdecydowanie na pewno trafię do piekła!! Piekło pewnie już pęka w szwach od milionów dzieci z całego świata, ich rodziców i sąsiadów- halloweenowych wyznawców szatana!

A teraz wybaczcie, jadę na cmentarz i do kościoła. Pewnie za te moje literackie i halloweenowe grzechy woda święcona wypali mi – satanistycznej matce i sąsiadce wielką dziurę w czole.

POZDRAWIAM, trzeźwo myśląca fanka Harrego i nie przeciwniczka Halloween