medale

Bukiet kwiatów, medale, pieśni pochwalne, puchary, fanfary, największe nagrody i wyrazy uznania należą się wszystkim mamom oddanym swym dzieciom.

Mamom, które jeszcze mają grypę to już się należą Oskary i Noble!! Bo jak powszechnie wiadomo bycie mamą to praca na pełny etat, ale bez możliwości wzięcia L4.

Tak. Jestem chora. Mam gorączkę. Boli mnie gardło, uszy, oczy, głowa, mięśnie, stawy. W nocy przez katar nie mogłam zasnąć. Jestem wykończona. Ale na szczęście jestem tylko ja i Maja, więc choć jest mi ciężko, jakoś damy sobie same radę.

Zastanawiam się tylko jak by to wyglądało gdybym oprócz domu, obiadu i Mai miała na tej chorej głowie jeszcze jedno dziecko i pracę. Nie mam pojęcia jak radzą sobie mamy, które mają kilka pociech i pracują zawodowo. A jeszcze jak je chwyci paskudne choróbsko??? To już chyba gwiazdka z nieba dla takiej mamy to za mało…

Na chwilę obecną ogarnięcie takiej sytuacji wydaje mi się tak niemożliwe jak to, że kiedyś zwiedzę Nowy York.

Dlatego dziś proszę państwa czapki z głów dla mojej mamy, mojej przyjaciółki, moich znajomych i nie znajomych, po prostu dla wszystkich kobiet; kochających żon i oddanych matek, które pracują zawodowo i jeszcze czasem chorują..

mam 8 miesięcy

Wczoraj Maja skończyła 8. miesiąc życia. Wpis dopiero dziś, ponieważ korzystaliśmy z tego, że byliśmy wszyscy razem, a pogoda dopisywała więc wybyliśmy z domku.

Dziś będzie krótko, bo ten miesiąc był dość pasywny pod względem zmian. Waga ok 8,6 więc chyba pierwszy raz nie przybrała. Noce dalej nieprzespane. Zębów ciągle brak, choć ślinienie i gryzienie w toku. Apetyt nadal dopisuje. Z umiejętności: już naprawdę sprawne siedzenie, pełzanie i kulanie się, ciągle nie przeradza się w raczkowanie lub samodzielne siadanie (choć ciągle próbuje) czy wstawanie. Ale to nic, ma jeszcze czas.

Jedyne co dość mocno rozwinęło się w tym miesiącu to mowa. Pterodaktyl, telefon, słoń, mruczenie i śpiewanie ustąpiły miejsca pięknym sylabom. Baba, dada, ała, aja, bebe, tata (oczywiście po co mówić mama). Maja gada bez przerwy. I uwielbiam jej słuchać (oprócz godzin typowo nocnych 2-4).

Aha i coraz częściej śmieje się na głos. W sumie to prawie każde nasze rozśmieszanie kończy się jej śmiechem. Co oboje z mężem uwielbiamy. Nauczyła się też bawić w barum barum tryk.

To chyba tyle. Przepraszam, ale weny brak.. Adamki przeziębione. Wszyscy troje. Buziaki dla Was.

8. 8,8

good news

Nie mam ostatnio za wiele czasu, ale koniecznie muszę się Wam czymś pochwalić.

Dwa dni temu, 23.09.2014, moja bliska przyjaciółka urodziła swoją pierwszą córeczkę, Tosię. Tosiulka nasza jesienna panienka, mimo że nic i nikt tego nie zapowiadał, urodziła się  w 39 tyg i jest taką samą drobinką jaką była Majulka. Waży całe 2,450 kg. Jest cudna i zdrowa. Gdy wzięłam ją wczoraj na ręce nie mogłam powstrzymać łez. Jest taka maleńka i delikatna. Momentalnie wrócił do mnie moment narodzin Mai…

Tymczasem od wczoraj wiem, że zostanę mamą chrzestną małego Oliwierka z Kalisza, który przyszedł na świat w lipcu. To będzie mój 3 chrześniak. Jestem dumna i czuję się zaszczycona :)

Dowiedziałam się też o 2 kolejnych ciążach z terminem rozwiązania na zimę i wiosnę 2015. Zdrówka i wiele miłości dla przyszłych rodziców.

A co u Was dziewczyny??

senna histeria

Jesteśmy w kuchni. Matka obiera ziemniaki a Królowa siedzi w bujaku. Przestała gaworzyć, rzucać grzechotkami i wierzgać nogami. Wycisza się. Wkłada smoczka do buzi. Chwyta swojego pajacyka i tuli go do policzka. Widzę, że oczka ma coraz mniejsze. Ziewa. Wyciągam ją więc delikatnie i szeptam do uszka, że idziemy spać. Przytula się spokojnie.

Odkładam ją do łóżeczka. Daję smoczek i pieluszkę i jak zwykle wychodzę. Zaglądam po chwili z nadzieją, że śpi. A ona już leży na brzuchu i odwrócona o 180 stopni bawi się swoją skarpetką.

Układam ją bez słowa tak jak powinna leżeć, daję smoczek i pieluszkę i znów wychodzę. Po chwili wracam by zastać ją na brzuchu, tym razem w poprzek łóżeczka z nogami uwięzionymi miedzy szczebelkami gryzącą ochraniacz i ucho królika.

Kolejny raz kładę ją na plecki podaje smoczka, pieluszkę i wychodzę. Wracam po minucie a ona zwinięta w kłębek w drugim końcu łóżeczka próbuje wcisnąć głowę przez szczebelki i patrzeć na smoczek, który wyrzuciła na podłogę.

Czynności powtarzamy kilkanaście razy. Za każdym razem widzę, że jest coraz bardziej zmęczona, ale nie płacze, wręcz uśmiecha się słabo na mój widok. Dzielnie wędruje po łóżeczku i walczy sama ze sobą, udając, że wcale nie chce jej się spać gdy tuli pieluszkę do policzka i coraz wolniej otwiera ciężkie powieki.

Za każdym razem gdy wychodzę zostawiając ją na pleckach lub na boku, przytuloną do pieluszki i pajacyka, spokojną i pocierającą oczka, myślę: teraz to już zaśnie na pewno. Taka jest senna, już się tak uspokoiła. A gdzież tam. Wracam, a ona znów leży na pewno nie tam gdzie ją sekundę wcześniej zostawiłam i robi na pewno nie to co powinna.

Wchodzę chyba już tysiąc pięćset sto dziewięćdziesiąty raz, patrzę na mojego małego cyrkowca i zastanawiam się ile kilometrów już pokonała turlając się i czołgając od godziny po łóżeczku. Rozczula mnie swoim zmęczonym spojrzeniem więc pochylam się, całuję ją w policzek i z uśmiechem mówię cichutko do ucha: Majula czemu jeszcze nie śpisz małpo jedna! A ona zaczyna się śmiać!!! Tak śmiać, a nie uśmiechać. A wiecie jak Maja rzadko śmieje się na głos, więc JA, rozczulona jeszcze bardziej, śmieję się z jej śmiechu wciąż przyciskając usta do jej policzka. Ona słysząc mój śmiech, śmieje się jeszcze słodziej i obejmuje mnie za szyję, a ja z kolei wtedy zaczynam się już nieźle chichrać.

I tak śmiałyśmy się z siebie nawzajem. Każdy kolejny śmiech jednej z nas, tylko potęgował reakcję tej drugiej. Śmiałyśmy się. RAZEM. Maja w swojej sennej histerii a ja bezgranicznej miłości. Długo tak rechotałyśmy przytulone… Aż matce plecy zdrętwiały od pochylania się przy tej roześmianej śpiącej główce i aż łzy śmiechu i wzruszenia pokulały mi się po twarzy.

To był zdecydowanie najpiękniejszy i najweselszy moment w historii mojego macierzyństwa.

A po wszystkim Majula znów trochę „pochodziła” po łóżeczku i w końcu padła. Zasnęła odwrócona o 180 stopni, z pajacykiem i pieluszką w rączkach i…. królikiem między nogami!!!!!

DSC_1905

 

 

 

 

 

PS tak na marginesie spała 30 minut

OMG

Otwieram okna i ścielę łóżka. Szykuję obiad i wkładam go do piekarnika. Ogarniam blaty i stół w kuchni. Wrzucam tabletkę i nastawiam zmywarkę. Upycham pranie w pralce i wybieram program do bawełny. Usypiam Maję. Zbieram po całym domu zabawki, smoczki, pieluchy. Myję zlew i umywalkę. Odkurzam meble. Myje podłogi. Ufff…. Dom ogarnięty codzienną techniką japońską czyli jakotako.

Siadam dumna jak paw, że jakoś się wyrobiłam. Kremuję suche od sprzątania dłonie, zabieram się za zimną kawę, która stoi od śniadania. Sama nie wiem czy ruszyć książkę, którą gdy Majkel się obudzi, żal będzie odłożyć w połowie zdania, czy uruchomić TV i tępo chłonąć telewizyjną nudę. A może zadzwonię do Kaśki?? Dawno nie gadałyśmy..

Gdy humor mam dobry i już prawie czuję, że chwilę odpoczywam nachodzą mnie myśli, że marnuję czas. Bo przecież jak to moja babcia mówi, „w domu nie można się nudzić, bo zawsze jest coś do zrobienia”. A ja bezczelnie, zupełnie jakby ta stara mądrość życiowa nie istniała, siedzę sobie na sofie z kubkiem lodowatej kawy i świeżo napoczętą książką.

Momentalnie zalewają mnie wyrzuty sumienia. Przecież zamiast odpoczywać z lekką literaturą, można by jeszcze wynieść pościele i ręczniki na taras by złapały trochę wiatru i słońca. Zapas domowych musów i obiadków Mai w zamrażarce powoli się kończy. Lustra pełne odcisków małych łapek proszą się o puc na błysk. Kwiatom przydałby się prysznic. Zamrażarki nie odmrażałam od…nie pamiętam kiedy. Trzeba by też zamieść taras i schody przed domem. Przejrzeć ubranka Mai i odłożyć te za małe. Dawno też niczego nie upiekłam.. aż mi wstyd.

I nagle okazuje się,  że wcale się nie wyrobiłam a wręcz odwrotnie, jestem z robotą daleko w ciemnej d…ie. Humor ulatuje. Wstaję z westchnieniem i biorę się za jedną z „rzeczy do zrobienia w domu”. Gdy jestem w  połowie pracy (czyli bardziej zrobiłam bałagan niż popchnęłam coś do przodu), z niani wydobywa się odgłos świadczący o tym, że koniec „lenistwa”, matka chodź, bo nie śpię.

Tym sposobem, ani nie odpoczęłam, ani nie dokończyłam zaczętej pracy. Wściekła na siebie jak sto pięćdziesiąt idę po Majule, która leży w poprzek łóżeczka i szarpie ochraniacz na szczebelki.

Bawiąc się na macie z Mają rozmasowuję ból między łopatkami i myślę sobie OMG!! Jaka ja jestem głupia. Już padam na twarz a jeszcze pranie trzeba powiesić i wyprasować, zmywarę rozładować… Czemu nie umiem odpocząć jak człowiek tylko wymyślam sobie robotę???

W duchu przeklinam moją babcię i mamę, bo to po nich i przez nie tak dbam o porządek. Zazdroszczę czasem bohaterkom perfekcyjnej pani domu, które w nosie mają panujący w ich domu syf. Obiecuję sobie, że muszę się zmienić. Choć troszeczkę… Dla siebie i dla Mai. Bo zwariuję, jak bum cyk cyk!

kędziorowe nowości

Dziś w szybkim skrócie co u nas. A raczej co u naszego Kędziora Bąbla i Łobuza.

Majusia rano była na szczepieniu. Waży 8,6 kg i mierzy 72 cm. Teraz biedulka odsypia to nieprzyjemne przeżycie. Od jakiegoś czasu nauczyła się pluć. Pluje pod górę i w dół. Na brodę i na nosek. Na nas i na podłogę. Pluje długimi potokami i bąbelkową pianą. Głośno i cicho. Z rozbryzgiem i bez. Jest to śmieszne, ale uciążliwe. Poza pluciem ostatnio zajęła się też badaniem grawitacji. Jej ulubioną zabawą jest bezustanne wyrzucanie tony zabawek na podłogę i ich obserwowanie i nawoływanie gdy już leża w kałuży śliny na podłodze.

Dodatkowo coraz sprawniej pełza wokół własnej osi i trochę do tyłu. Bardzo szybko przemieszcza się na brzuchu na macie ale wciąż głównie odwraca się używając rączek. Nogi podkurcza i zgina ale jeszcze nie podnosi się na kolana do pozycji raczkowania.

W łóżeczku też znajduję ją w najróżniejszych miejscach, pozycjach i ułożeniach. Łącznie z odwiązanym ochraniaczem na szczebelki i elektroniczną nianią w buzi. Jak ona ją dosięgnęła z komody, tego nie wiem.

Gaworzenie i śpiewanie też coraz bogatsze w nowe dźwięki i tony. Towarzyszą temu cudne minki. Uwielbiam jej słuchać i z nią „rozmawiać”, naśladując wydawane przez nią głoski i sylaby.

Poza tym Maja zaczęła dzielić się smoczkiem i zabawkami. Czasami gdy poproszę żeby mi coś dała gdy trzyma w ręce i wyciągnę po to swoją dłoń, Maja po chwili wyciąga swoją i dzieli się z mamusią kapiącą od śliny zabawką. Codziennie coraz mocniej ją kocham. Aha i kręcą jej się włoski. :) (zgadnijcie po kim?? po tatulku oczywiście!!!)

W minionym tygodniu Maja spotkała się ze swoimi little friends, Martynką i Adasiem:DSC_1407 DSC_0866

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jesień zrobiła nam cudnego psikusa i obdarowała nas upalnym weekendem, pewnie ostatnim. Maja poczuła klimaty plażowe i tak pozowała mi do zdjęcia, noga na nogę i pełen luz..

DSC_1430

 

 

 

 

 

 

 

 

Przez kolejne kilka dni może nas tu nie być, więc co by się blogowe ciotki za bardzo nie stęskniły za uślinionym uśmiechem i Majowymi oczyskami, ta dam:

DSC_1201 DSC_1253 DSC_1271 DSC_1347 DSC_1453

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

serdecznie pozdrawiamy !!!

jesień

Przyszła. Nikt na nią nie czekał. Mało kto ją lubi. Nadeszła nieoczekiwanie i po cichu. Jak to ona. Zimną mgłą zasłoniła jeszcze wczoraj świecące ciepłe słońce i zrosiła nieprzyjemną mżawką ziemię. Z wiatrem we włosach, kaloszach na nogach, termosem ciepłej herbaty po pachą i otulona kocem przemierza Polskie wsi i miasta.

Jest samotna. Nikt jej nie chce. Wcale się nie dziwię. Kojarzy się z końcem ukochanego przez wszystkich lata. Przynosi koniec wakacji, odpoczynku i słonecznej beztroski. Daje nam deszcze, wiatry, wilgoć i słotę. Nie wspomnę o chandrze i przeziębieniach. Szczerze?? Sama za nią nie przepadam.

Jednak dla mnie jesień nie oznacza tylko końca. Dla mnie jest też początkiem. Początkiem nowego roku. Kolejnego roku pracy i kolejnego roku życia. Jesień świętuje ze mną urodziny i zmusza do marzeń na następny rok. Jesień stawia przede mną wyzwanie rozpoczynającego się kolejnego roku szkolnego.

Jesień jest bardzo kontrowersyjna. Wszyscy kochamy tą słoneczną, złota i ciepłą wersję. Z pachnącymi kolorowymi liśćmi, spacerami do lasu, zbieraniem żołędzi, grzybów i robieniem kasztanowych ludków. Ale najczęściej jesień pokazuje nam to drugie oblicze. Bezwzględnie przygotowując nas na zimę zawiewa nam wiatrem w oczy i deszczem moczy buty.

Potrafi uprzykrzyć człowiekowi życie i zepsuć humor. Ale ja jesienią zawsze na nowo uczę się cieszyć małymi rzeczami. Na przykład ciepłą domową zupą, szarlotką, rozgrzewającą herbatą z cytryną. Przepraszam się ze swoimi grubymi skarpetami, polarową piżamą i szarym dresem. Koc dostaje drugie życie, a kakao ląduje w kuchennej szafce na honorowym miejscu obok kawy.

Jesienią żegnam cytrusowe i kwiatowe kosmetyki a witam te pachnące kokosem i czekoladą. Jesienią jak żadną inną porą roku uwielbiam czytać książki, wracać wspomnieniami do szkolnych lat. Jesień daje czas do przemyśleń i marzeń. Umówmy się, żadna inna pora roku nie jest aż tak chętna by z nami wieczorem posiedzieć pod kocem i nic nie robić. To jesienią człowiek jak nigdy cieszy się, że wraca do domu i kwiczy z radości gdy wskakuje wieczorem do łóżka.

Przede mną jesień. Jej jaśniejsza strona wygoni mnie i Maję na spacery do lasu by pokazywać córce jak zmienia się świat. A ta mniej lubiana wersja sprawi, że jeszcze bardziej pokocham nasz dom i przebywanie w nim..

oh jesień jesień jesień ah to TY :)

 

mam 7 miesięcy

Nie będę się powtarzać, że czas mi ucieka jak zając spod miedzy, bo zacznę się robić nudna. Przejdę więc bez zbędnych (?) łez i sentymentów do setna.

Maja dziś kończy 7 miesięcy (chlip chlip). Waży 8,5 kg. Z jedzeniem od ostatniego miesiąca niewiele się zmieniło. Ilość i wielkość posiłków bez zmian. Do diety dołączyły jeżyny i kiwi. Ogólnie żarłok z niej straszny. Jak widzi, gdy idę ze śliniakiem i miseczką pełną jedzenia to momentalnie macha, kopie, kwiczy i spina się z radości jakbym ją tygodniami głodziła. A spróbuj się matka podczas karmienia zagadać lub gdzieś zapatrzeć, albo nie daj Boże za długo łyżkę o brzeg miski wycierać, to drzeć się będzie jak złe i do łyżki łapczywie rączki wyciągać :)

Przekręcanie na plecy i brzuch już idealnie opanowane, idzie szybko i gładko. Na plecach coraz wyżej wspiera się na łokciach (w spacerówce i bujaku pozwala jej to samodzielnie usiąść). A na brzuchu coraz wyżej i sztywniej wytrzymuje uniesiona na samych dłoniach/dłoni. Na macie okręca się też wokół własnej osi jak wskazówki zegara. Stopy swoje gryzie, skarpetki ściąga, ślini i gubi.

Z umiejętności ruchowych to posadzona siedzi, ale to już pisałam przedwczoraj. Maja coraz więcej „opowiada”. Robi minę w dziwny, kochany dziubek i mruczy sobie i „śpiewa”… Uwielbiam te dźwięki i tą słodką minkę. I nasz „pterodaktylo-telefon” tym razem zamienił się w słonia. Już mniej skrzeczy i drrrryyynda. Teraz nakłada dolną wargę na drugą i trąbi jak słonik plując przy tym na 3 metry (gdzie można kupić wycieraczki na okulary??). Aaaaa odnośnie okularów. Gdy tylko biorę ją na ręce, momentalnie mała ściąga mi moje drugie lepsze oczy i tarmosi za oprawki lub upuszcza. Ciągnie mnie też za włosy, a trzeba przyznać, że ma talent do chwytania tam gdzie najbardziej boli.

Z nowości: Maja gdy sadzam ją sobie na kolanach i robię tak że podskakuje, zaczyna wydawać z siebie dźwięk a a a a a a. Gdy ja przestaję podrzucać ją na kolanach, ona przestaje mówić a. Gdy ja zaczynam podskakiwać nogami, Maja momentalnie śpiewa aaaa. Uwielbia gdy jej tak drży głos. Identycznie robi gdy rytmicznie dotykamy jej dłoń do ust. Wydaje wtedy dźwięk jak Indianin tańczący przy ognisku. Od kilki dni zauważyłam, że Maja sama przykłada sobie dłoń do ust i próbuje robić indiańca :)

Przebieranie i przewijanie stało się grą w „kto pierwszy”. Kto pierwszy złapie pieluchę, chusteczki i krem. Maja obraca się, ucieka, kręci, wierci, kopie, i wszystko co akurat mi potrzebne to kradnie i ślini i opluwa (tak, pluje specjalnie!!), więc przebieranie trwa 2 razy dłużej niż kiedyś.

Gdy Maja chce zwrócić na siebie uwagę, gdy wyłączę TV,  gdy skończyła się jej melodyjka w karuzeli lub gdy pies odbiegł poza zasięg jej wzroku woła E E E tak głośno, że teściowa w Kaliszu słyszy ją na pewno.

Zasypianie w 90% przebiega super. Odkładam ją do łóżeczka. Przytula królika, pajacyka, pieluszkę, obraca się na boczek, pogada i śpi.

Z naszych obserwacji: Maja bez przerwy się uśmiecha. Naprawdę. Jest pogodna i wesoła, prawie zawsze uśmiechnięta. Jednak ciągle, bardzo rzadko śmieje się na głos. Nawet gdy jest mocno rozbawiona (a ja się tym zajmuję nałogowo) rozdziawia buzię w mega uśmiechu, przymyka oczy, kurczy się cała ze śmiechu ale dźwięku żadnego!! Śmieje się gdzieś w środku siebie, po cichutku. Czasami ekstremalnymi wygłupami, podrzucaniem, podgryzaniem jej stopek lub pierdziochami w szyję uzyskam ciche i mało przypominające śmiech dziecka kwiczenio-kaszlenie.

Maja jak już śmieje się w głos to zazwyczaj do Beti i gdy mówię do niej głosem Lorda Vadera (którego osobiście nie cierpię) Raz śmiała się w głos do przesadzanych przez nas kwiatów na tarasie. (tak, nie żartuję!! ja staję na rzęsach by usłyszeć jej śmiech a taki kwiat tylko stał i już proszę, Maja zanosi się od śmiechu).

Liczba przespanych całych nocy: zero.

Liczba zębów: zero.

A teraz czas na comiesięczne zdjęcia. Z kołyski i koszyka już zrezygnowałam. Częściowo dlatego, że Maja już z nich wyrosła, a częściowo z własnego lenistwa. Zdjęcie tylko z małpą na fotelu z założenia miało przebiec szybciej. Ale jak się ma taką modelkę jak ja… Sami zobaczcie:

najpierw był foch

 1 foch

 

 

 

 

potem z pokerową miną szczypała małpkę

3 ucho

 

 

 

 

 

potem kazała wąchać jej stopy

4 syry

 

 

 

 

 

potem kazała wąchać swoje stopy

5 syry

 

 

 

 

 

potem małpa dostała lanie

6 klapsy

 

 

 

 

 

a na koniec kopa w małpi zad

7 kop w zad

 

 

 

 

 

wtedy modelka zadowolona, że została sama przed obiektywem była gotowa stroić miny:

 

na bloga31) mina gdy „opowiada”

2) mina gdy „śpiewa”

3) mina gdy udaje, że jest grzeczna

 

 

 

na bloga44) mina gdy robi słonia jak trąbi i pluje

5) mina babuleńki (moja ukochana)

6) rybka/dziubek

 

 

 

i jedno normalne, do naszej comiesięcznej kolekcji:

DSC_1287

 

 

 

 

 

 

 

Wiecie co myślę gdy patrzę na te zdjęcia?? Że rośnie nam niezłe ziółko o największych i najpiękniejszych oczach na świecie :)

kwiatowa

Kolejny rok za nami. Chyba najszczęśliwszy i najważniejszy z wszystkich czterech. Tak wiele się zmieniło od zeszłego roku. Jesteśmy już w trójkę i u siebie. Nigdy nie byłam szczęśliwsza!! Nie będę się rozpisywać, bo w ostatnią rocznicę napisałam już wszystko. Liczę na więcej. Dziękuję i kocham Cię.

challenge accepted

Lada moment Maja skończy 7 miesięcy. Pomyślała, że chyba czas nauczyć się siedzieć, więc przyjęła wyzwanie i proszę, siedzi!!! Nie siada jeszcze sama, ale posadzona przez kogoś już tak. Oczywiście nie trwa to super ekstra długo, bo wiecie jak jest. Tak naprawdę to Ziemia się strasznie szybko kręci więc Mai zdarza się przewrócić. Ale zdecydowanie umie już wytrzymać w tej pozycji trochę dłużej niż sekundę.

Już od dłuższego czasu leżąc na plecach walczyła i próbowała podnieść się na łokciach. Gdy ją początkowo sadzałam, chwiała się jak trawa na wietrze i momentalnie przewracała na boki. Potem objęła strategię na scyzoryka i składała się, przewracając się do przodu na swoje nogi. W końcu odkryła, że można się wesprzeć na swoich dłoniach i początkowo siedziała tak pochylona i podparta, jednak gdy tylko podniosła którąś z rąk było bum.

scyzoryk

 

 

 

 

 

 

 

Po kilku dniach umie już siedzieć na macie coraz bardziej prosto i dużo dłużej. Potrafi też chwycić najbliższą zabawkę i się nie przewrócić. Nauczyła się też siedzieć pionowo w bujaku i spacerówce. Daleko jej jeszcze do całkowicie samodzielnej zabawy w tej pozycji, bo wciąż jednak się jeszcze przewraca ale ja i tak pękam z dumy.

DSC_1211